sobota, 28 listopada 2015

Dyplomatyczny savoir vivre oczami Łukasza Walewskiego - "Przywitaj się z królową"

   Savoir-vivre interesował mnie od naprawdę bardzo dawna. Bardziej poważnie zaczęło się w gimnazjum, gdy na potrzeby konkursu ze znajomości dobrych manier przeczytałam książkę, której tytułu niestety nie pamiętam. Zaznaczę przy okazji, że ten konkurs wraz z moją grupą wygrałam. Bardzo się więc ucieszyłam, że przyjdzie mi przeczytać "Przywitaj się z królową", bo książka skupia się głównie na... wpadkach. A raczej bardzo ciekawych anegdotach dopełniających kompozycję książki. Dowiadujemy się z niej bowiem, że etykieta nie jest wcale prosta, mimo że nie mieszkamy w Japonii.

   Jak dla mnie połączenie polityki i savoir-vivre'u to połączenie idealne. Nie jestem jednak w stu procentach pewna, czy ktoś, kto tym pierwszy się interesuje będzie do końca obeznany w opisanych sytuacjach. Lecz nawet jeśli nie - są one same w sobie wystarczająco zabawne i pouczające. Książkę czyta się płynnie, jest naprawdę ciekawa. Jednak momentami oczy lekko mi się przymykały. Trudno stwierdzić, czy z powodu zmęczenia (obecnego u mnie cały prawie czas) czy momentami nudnawej "fabuły". Nie zmienia to jednak faktu, że pochłonęłam ją bardzo szybko, w zaledwie trzy dni (a biorąc pod uwagę moje ostatnie zabieganie to bardzo szybko) i naprawdę mi się podobała. Polecam ją nie tylko tym, których interesują wpadki na arenie dyplomatycznej, a każdemu, bo warto takie rzeczy wiedzieć. A jeśli podane są nam w tak znakomitej formie - czemu nie?


Plusy:
+ przezabawne anegdoty
+ czyta się ją błyskawicznie, jest bardzo ciekawa
+ nadaje się idealnie i dla tych zorientowanych w bon tonie i polityce, jak i tych, którzy liczą wyłącznie na dobrą książkę


Minusy:
- momentami lekko nudnawa

Moja ocena:
8/10

*za udostępnienie egzemplarza dziękuję wydawnictwu Sine qua non*

 Książka bierze udział w akcji Czytam nie tylko Amerykanów

niedziela, 22 listopada 2015

Historia z kulturą w tle - Jared Leto, czyli ulubiony wokalista ulubionym aktorem

   A raczej odwrotnie. Najpierw bowiem zobaczyłam film z jego udziałem. Był to Azyl, w którym Leto właśnie był jedynym czynnikiem przyciągającym moją uwagę. Miał w sobie coś hipnotycznego, jego gra aktorska bardzo się wyróżniała na tle wszystkich innych postaci, które w moim osobistym odczuciu były nudne i mdłe. Przyciągał więc swoim wzrokiem i grą na naprawdę wysokim poziomie. Jednak wraz z
końcem filmu opadł zachwyt samym Leto.

Jared Leto w roli Juniora - "Azyl" 2002r.



Był wtedy rok 2009. Parę tygodni czy miesięcy po Azylu przyszła pora na polecany mi przez wielu film Requiem dla snu. Nie często zdarza się, bym oglądała filmy polecane przez większe grono ludzi, lecz moją uwagę przykuło słowo 'requiem', bowiem taki tytuł nosi jeden z moich ulubionych Mozartowskich utworów. Skuszona więc jednym słówkiem bez wahania włączyłam film. Nawet nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo mnie zachwycił. Kompletnie namieszał mi w głowie, tak jak to, że w roli głównej wystąpił nie kto inny jak Jared Leto. Nie rozczarował mnie ani trochę, odegrał swoją postać tak cudownie, że mogłam prawie ulec wrażeniu, że naprawdę jest Harrym - dilerem narkotyków, który popada w coraz większe tarapaty.  Nie poprzestałam tym razem na obejrzeniu filmu. Wiele o aktorze się naczytałam. Warte wspomnienia jest to, że do roli w Requiem dla snu schudł 28 funtów, czyli ok. 13 kilogramów.
 "Zrobiłem to, ponieważ naprawdę czułem, że naprowadzi mnie to na Harrego, moją postać. I tak, myślę, że tak się stało. Harry, jak i wszyscy w filmie, są w ciągłym stanie głodu. Postanowiłem, że nigdy nie chcę zachowywać się w ten sposób. [...] Nie jadłem posiłków przez tygodnie. Tylko nadgryzałem, ale nigdy więcej niż mały kawałek, nawet nie kęs. Nie byłbym w stanie zrobić tego nigdy więcej."
Jako Harry w "Requiem [...]" z 2000 r.; doskonale widać jego wychudzoną twarz

Ta historia naprawdę mnie urzekła. Zauważyłam, jak wiele jest w stanie zrobić dla dobrego odegrania swej roli.

 Niedługo potem (a był rok 2010) siedziałam w domu sama. Okropnie się nudziłam, każda znajoma mi piosenka wydawała się rozlazła i nie chciałam jej słyszeć. Miałam fatalny humor, postanowiłam poszukać nowych zespołów, które mnie w jakiś sposób zachwycą. Przypomniałam sobie fragment reklamy telefizyjnej pewnego festiwalu muzycznego. W głowie słyszałam dobiegający z niej głos "30 Seconds to Mars, Muse, The Chemical Brothers". Postanowiłam włączyć sobie po piosence z każdego z nich. Na pierwszy ogień poszli The Chemical Brothers i ich Hey boy, hey girl. Piosenkę uznałam za nadzwyczaj nieudaną i wyłączyłam ją czym prędzej (dodam tylko, że teraz nawet mi się podoba). Następny zespół - 30STM. Pierwszą piosenką, która mi się wyświetliła była This is war (której słucham w tym momencie). Po raz kolejny - brak mi słów. Głos wokalisty był czysty, mocny, piękny. Piosenkę włączyłam raz jeszcze. I kolejny. Sprawdziłam zespół w Wikipedii. Gdy dowiedziałam się, że mężczyzną o tym idealnym głosie jest Jared Leto... Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie. Byłam w szoku. Poważnie. Uznałam, że to nie jest przypadek i chyba musi być coś na rzeczy. Chwilę później obejrzałam Closer to the edge, razem z teledyskiem. Moje umiejętności językowe były - niepokornie mówiąc - na dobrym poziomie jak na mój wiek (miałam wówczas 12 lat). Pierwsze dźwięki - wypowiedzi ludzi.

"Jest wiele momentów, którymi możesz dzielić się z kimkolwiek, kimś. I czujesz, że ten moment będzie trwał wiecznie, podczas gdy to jest tylko noc, tylko moment"

"Los ma swoje podstępne sposoby rzucania ci czegoś, czego nigdy się nie spodziewałeś"

"Moją filozofią w życiu jest nie żałowanie niczego, co robisz, bo w końcu to czyni cię tym, kim jesteś"


Niesamowicie mądre słowa ludzi w różnym wieku, kilka pojawia się też w późniejszych częściach piosenki. Podobne mądrości, przejrzystość i sens znalazłam też w innych utworach.

Kadr z teledysku do piosenki "This is war", 2009r.



Słuchałam zespołu przez ponad dwa lata, później mój gust muzyczny zmienił się na muzykę core'ową. O braciach Leto, o Tomo, wszystkich tych niesamowitych emocjach w końcu zapomniałam.
 Nastał więc okres emocji negatywnych, ściskających od środka, destrukcyjnych i buntowniczych. Aż do pewnego kulminacyjnego momentu.

Był to już rok 2013, gdy w moim życiu działo się naprawdę wiele. Mimo rad wielu ludzi, wiedziałam, że ze wszystkim muszę poradzić sobie sama, tylko ja mogę coś zmienić. Pierwszym postanowieniem była zmiana nastawienia. Do wszystkiego. Ludzi, sztuki, życia, emocji. Potrzebna mi była odskocznia.
Wtedy właśnie przypomniałam sobie o 30 Seconds to Mars. Jared przewijał się u mnie jeszcze w trakcie tych "pustych" trzech lat, poznałam wtedy naprawdę dobre filmy z jego udziałem.
Wtedy pierwszą wyświetlaną piosenką była Do or die. Dowiedziałam się wtedy o nowym albumie, nowym wyglądzie Jareda. Teksty piosenek tej, wszystkich nowych i poprzednich, pozwoliły mi dostrzec coś więcej, obudzić dawne emocje, przypomnieć dawne czasy. Może brzmi to bardzo banalnie, ale takie nie jest.

Trudno mi pisać o tym coś więcej, zawsze w tak ważnych kwestiach brakuje mi słów. Myślę, że dobrym podsumowaniem będzie po prostu stwierdzenie, że gdybym nie poznała nigdy Jareda Leto, nigdy nie zainteresowałabym się specjalnie jego zespołem (bo nie widziałabym zabawnego zbiegu okoliczności) i nie przypomniałabym sobie o nim w odpowiednim momencie.
Zaryzykuję jeszcze ściślejszym i mocniejszym - Jared Leto uratował mi życie.

Jared Leto, 2013 r.

Filmy z udziałem Jareda Leto wraz z moją oceną na stronie serwisu Filmweb:
  • Przerwana lekcja muzyki  8/10
  • Requiem dla snu 9/10
  • American Psycho 7/10
  • Azyl 5/10
  • Mr. Nobody 8/10
  • Witaj w klubie 9/10

piątek, 20 listopada 2015

Literackie Miasteczko TAG

Kolejny tag! Tym razem nominacja od kochanej Suomi (jej wykonanie!), a mianowicie - Literackie miasteczko tag! W nazwie oryginalnej występuje słowo 'book' (nie wnikajmy w słowo 'literackie'), ale mój blog nie jest stricte książkowy, więc słowo to dyskretnie usuwam bez żadnej niechęci do autora (którego i tak zresztą nie znam).
Zasady? Bardzo proste. Do podanych obiektów miejskich dopisuję bohaterów, którzy idealnie nadawaliby się do pracy w nich. Zatem pudrowe cukierki odsuwam i zabieram się za penetrowanie biblioteczki.

RATUSZ 
Na pewno ktoś, kto świetnie pokierowałby ludźmi  i potrafił im przewodzić. Myślę, że będzie to Ragnar z "Wikingów", bardzo pomógł Skandynawom prowadząc dobre negocjacje i od czasu do czasu prowadząc jakąś wojnę. 

SKLEP 
Od razu pomyślałam o Wokulskim z "Lalki". Każdy, kto czytał, wie czemu. Nawiasem mówiąc, nie obraziłabym się gdyby sprzedał też Izabelkę. Komuś z baaaaardzo dalekiego kraju. 

ZOO 
Hagrid! Będę się chwalić tym, że W KOŃCU obejrzałam Harrego Pottera. Lepiej późno niż wcale, prawda? Hagrid kocha zwierzęta (no, może takie trochę... magiczne?), nie dałby ich skrzywdzić, więc w pełni mu ufam. 

KLUB 
Chciałam dać jakiegoś bohatera książkowego, ale większość tych czytanych przeze mnie rozgrywa się w czasach, gdy kluby nie istniały. Raczej prymitywne ich zalążki. Ale wezmę kochanego Shigeru. Samuraj świetnie sprawdzi się w roli ochroniarza. Szczególnie z wykutym w sercu bushido. 

KAWIARNIA
To chciałabym być ja. Napisze ktoś o mnie książkę? Prooszę!
  
 SZKOŁA 
Jack Fletcher! Anglik uczony w Niten Ichi Ryu - szkole samurajów. Jego wykształcenie samurajskie właśnie i nauki pobierane od samych ninja stworzyłyby idealną taktykę walki, którą mógłby przekazywać dalej! 

MUZEUM 
Wzięłabym Adama Mickiewicza. Mówiłby o "Powstaniu listopadowym". Kto wie, może nawet oprowadzałby wygłaszając improwizacje?  

SZPITAL 
W moim miasteczku będzie ogromna umieralność, bo nie mam pojęcia, kogo zatrudnić jako lekarza... Chociaż chwilka, w sumie mogłabym zatrudnić psychiatrę - O'Briena! By nie "spojlerować" Roku 1984 (recenzja), nie napiszę nic więcej. Przeczytajcie, a zrozumiecie.

BANK  
Byłby nim Bankier z "Małego księcia" (opracowujemy to na zajęciach teatralnych, mam tę lekturę ciągle w głowie) 

KSIĘGARNIA 
 Pomyślałam o Dianie z "Ani z Zielonego Wzgórza", ale ona zamiast sprzedawać książki, zabierałaby je dla siebie... Niech więc będzie Óskar z "Mariny" Zafóna (recenzja). Sprzedawałby książki napisane przez samą Marinę. A raczej... wiele egzemplarzy jednej książki!  

AUTOBUS
Autobus prowadziłby się sam, a jeździliby nim wszyscy. Z zaskoczonym Mickiewiczem włącznie! 


wtorek, 17 listopada 2015

"Przekraczając granice" - autobiografia Luisa Suareza

"W tej książce Luis Suárez po raz pierwszy szczerze opowiada o swojej niezwykłej karierze. Mówi o tym, jak z ulicznego dzieciaka stał się jednym z najskuteczniejszych napastników świata. I tłumaczy, że to nieustępliwy charakter doprowadza go do przekraczania granic.
Nie tylko tych piłkarskich…"


  Ogromnie się cieszę, że mogłam tę książkę przeczytać. Jestem wielką fanką FC Barcelony, a o samym Suarezie słyszałam jeszcze dwa lata przed jego transferem do Dumy Katalonii. Było to spowodowane głównie jego stadionowymi wybrykami, w końcu nie codziennie słyszy się o gryzącym piłkarzy Urugwajczyku, który na dodatek kłóci się z arbitrami lub wybija ręką piłkę na mundialu. 

Przekraczając granice pozwala poznać Luisa nie tylko z tej "gorszej" strony, lecz także jako zagubionego kiedyś dzieciaka, który ledwo radził sobie ze szkołą, nie chodził na treningi i starał się z całych sił, by dostać pieniądze na autobus do Sofi. Gdyby nie ona, Luis skończyłby zupełnie inaczej, nie zostałby na pewno piłkarzem za wszelką cenę łaknącym wygranej. 
Tu mamy poniekąd rozwiązanie jego wybryków. Były spowodowane ogromnymi emocjami, które Suarez odczuwał przez cały mecz, a już w szczególności w momentach, gdy wygrana była zagrożona. 

Sama książka jest naprawdę bardzo ciekawa, Suarez nie przynudza, wiele wyjaśnia. Ja bardzo się wciągnęłam w tę autobiografię, tym bardziej, że mówi o tematach, które mnie interesują. Ale uważam, że nawet dla tych, którzy fanami futbolu nie są, książka spodoba się bardzo, bo pokazuje prawdziwą miłość, dążenie do perfekcji i ciągłe stawanie się coraz lepszym. Powiem szczerze, że najbardziej zabrakło mi relacji z samej Barcelony, ale za to autora oceniać nie można, bo znajdował się tam zaledwie kilka miesięcy w momencie pisania książki. Potem okazało się, ze to właściwy człowiek na właściwym miejscu, a Barcelona zyskała na takim zawodniku.




Plusy:
+ czyta się książkę naprawdę szybko
+ Suarez w żadnym wypadku nie przynudza, każdy fakt w książce jest potrzebny

+ wyjaśnienie wielu "wybryków" piłkarza to nie lada gratka dla fanów futbolu
+ świetne połączenie opowieści o piłce, rodzinie i przyjaciołach
+ książka momentami była przezabawna, śmiałam się w głos

Minusy:
brak  


Moja ocena:
9/10 (czemu nie 10? Po prostu są książki, które na tę ocenę zasługują o wiele bardziej)

*za udostępnienie egzemplarza dziękuję wydawnictwu Sine qua non*

Książka bierze udział w akcji Czytam nie tylko Amerykanów 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Sweet book TAG


   Tag, do którego nominowana zostałam przez Lunatyczkę (jej wykonanie tagu, klik!). Widzę go prawdę mówiąc pierwszy raz, ale to nic bo uwielbiam wykonywać kreatywne tagi! Grafiki podkradam od Blondie, która podkradła je Marcie (klik!), która wykonała je sama!
Przechodząc do samego tagu, zasad tłumaczyć nie trzeba, są banalnie proste.



 Jest to książka W pułapce dzieciństwa. Trudno nawet wytłumaczyć czemu, czytając ją ciągle miałam wrażenie, że jest niepełna. To pewnie kwestia tego, że bardzo poważny temat potraktowano lekko powierzchownie.



  Od razu przychodzi mi na myśl Kinga z Bezdomnej (recenzja). Nienawidziłam jej szczerze, gdyby była realną osobą zdenerwowałaby i zanudziła każdego. 



 Odpowiem tak samo jak moja nominująca - Rok 1984 (recenzja). Książka, której w recenzji nawet nie oceniłam plusami i minusami, bo nie czułam się na siłach, by ją w jakikolwiek sposób katalogować. Końcówka książki trzymała mnie w napięciu, miałam wrażenie że sama jestem bohaterką, to wszystko dzieje się tuż obok. Więcej dowiecie się z mojej recenzji.




 Moja ukochana książka z dzieciństwa - Dzieci z Bullerbyn. Czytam ją zawsze podczas świąt, najbardziej mi się z nimi kojarzy. Wspaniała i urocza książka, którą zawsze chcę czytać, nie nudzi mi się nigdy.



 Złamała serce... Zależy oczywiście w jaki sposób.  W głębi serca sporo spodziewałam się po Czarnej liście (recenzja), niestety zawiodłam się i dostała ode mnie tylko pięć na dziesięć punktów.




 Och, chyba wygadałam się wcześniej. Są to oczywiście Dzieci z Bullerbyn, zaraz potem Ania z Zielonego wzgórza. Przeczytałam całą serię. 




  No jak mogłabym nie wspomnieć o samurajach? Oczywiście Młody samuraj we własnej... osobie. Mowa o nim w moim Top 5 książek (klik!), do którego zapraszam.



Koniec tagu, nawet nie zauważyłam, jak szybko mi to minęło!
Ja nominuję do jego wykonania
Suomi (chyba już tradycyjnie, prawda?)
Agnieszkę z bloga Książka od kuchni 
oraz
bloga Esencja dla duszy

piątek, 13 listopada 2015

Zidentyfikować. Namierzyć. Zlikwidować. - Frederick Forsyth "Czarna lista"

    Trochę mi zajęło, zanim zabrałam się za pisanie recenzji tej książki. Z wielu powodów. Po pierwsze, nie miałam pojęcia, co mogę o niej powiedzieć. Po wtóre - dopiero po czasie zmusiłam się, by tę książkę skończyć. Poddałam się bowiem około sto pięćdziesiąt stron przed końcem. Ale dałam radę i jestem z tego dumna. Dlatego odkładam na bok pracę nad porcelanową lalą, siadam przy komputerze z czekoladą i pomarańczowym sokiem i piszę. Wreszcie.

   Wydawnictwo Albatros niezwykle chwali Forsytha, nazywając go twórcą gatunku nazwanego "politycznym thrillerem spiskowym". Coś w tym rzeczywiście jest, lecz okazało się dokładnie jak myślałam - nie będę tym gatunkiem zachwycona.
Oczywiście moja opinia musi być jak najbardziej subiektywna, nie będę jej wystawiać oceny "zero" lub "jeden" tylko dlatego, że mnie akurat nie przypadła do gustu. Dlatego zacznijmy od krótkiego opisu fabuły.

Czas rzeczywisty to rok 2014. Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię łączy pewna sprawa - seria zabójstw, które okazują się nie być wcale przypadkowymi. Dokonali ich ludzie nawróceni na dżihad przez internetowego kapłana - Kaznodzieję. Trafiając na amerykańską Czarną listę staje się celem do odstrzału. Sprawą zajmuje się Kit Carson - Tropiciel. Pomaga mu geniusz komputerowy, Ariel, nastolatek z zespołem Aspergera.

Tyle jeśli chodzi o fabułę. Nie martwcie się, czytając poznacie życiorys każdego prawie bohatera, od dzieciństwa do czasu współczesnego. Nie muszę chyba wspominać, że była to ironia, bo robiło się to nużące, zwłaszcza że nie każdy fakt z przeszłości ma jakiekolwiek odzwierciedlenie w bieżącej fabule. Ogólnie można by było spokojnie wyrzucić z tej książki dziewięćdziesiąt stron. O ile sam zamysł akcji i przedstawionej historii jest ciekawy, to sztuczne jej naciąganie samo zamyka oczy. Być może kogoś interesują niesamowicie szczegółowe opisy. Ja do tej grupy nie należę, wszystko ma swoje granice.

Oczywiście Frederickowi nie można zarzucać samych wad. Powiem szczerze, że znalazłam w niej całkiem sporo zalet. Na przykład retrospekcje. Ja je uwielbiam, choć nie zawsze były użyte całkiem poprawnie, bywało, że się gubiłam. Co w tej książce jest najlepsze i zachwyca nawet mnie, to genialne połączenie fikcji literackiej z realnymi wydarzeniami. To cudowne, jak gładko i sprawnie mogą się ze sobą splatać. Także nieoczywista fabuła, i niespodziewane zwroty akcji zasługują na pochwałę.

Plusy:
+ dobry pomysł na utworzenie fabuły
+ genialny splot fikcji i rzeczywistości
+ nieprzewidywalne zwroty akcji


Minusy:
- bardzo nudne opisy życia prawie każdego z bohaterów
- rozwijanie wątków niemających z samą fabułą wiele wspólnego (jeśli w ogóle cokolwiek)
- sztuczne i naciągane przedłużanie książki


Moja ocena:
5/10

środa, 11 listopada 2015

Pięć postaci, dzięki którym rozpiera mnie polska duma

    Dziewięćdziesiąt siedem lat minęło od dnia, w którym Polska odzyskała niepodległość po 123 latach zniewolenia. Dla większości Polaków jest to święto niesamowicie ważne i jak najbardziej godne świętowania. Wiszące wszędzie biało-czerwone flagi nie pozostawiają k temu wątpliwości.
I dla mnie samej to święto ma ogromną wartość, uważam, że jest to czas, w którym nasi rodacy mogą przypomnieć sobie naszą wspaniałą historię, a także zadumać się nad postaciami, które w moich oczach swoimi działaniami i postawą stanowią filar narodowej dumy.


Józef Piłsudski
O jego poglądach wspominać nie będę, bowiem nie zgadzam się z nimi do końca, jednak rola Piłsudskiego w odzyskaniu niepodległości była niepodważalnie ważna. Jego postać znana jest na całym wręcz świecie, jako główna osoba dążąca do niepodległej Polski, a także jako twórca Legionów, które były przecież zalążkiem polskiego wojska. 

Andrzej Wajda
Trudno, bym o nim nie wspomniała. Pomijając nawet fakt, iż urodził się w mym rodzinnym mieście - Suwałkach. Wybitny reżyser, twórca polskiej kultury, jego ekranizacje służyły swego rodzaju propagacji dzieł polskich twórców. Przedstawiał subiektywne spojrzenie na sprawy doskonale rodakom znane. Tu należy wspomnieć o "Katyniu" i filmie "Wałęsa. Człowiek z nadziei."

Fryderyk Chopin 
Najważniejszy chyba kompozytor w historii Polski. Znany nie tylko w Polsce i Europie, o czym świadczy choćby Festiwal Chopinowski. W szkole podstawowej wciąż myliłam go z Mickiewiczem, do dziś nie wiem czemu, nie byli aż tak podobni. Wracając do meritum - najbardziej urzeka mnie jego Etiuda "Rewolucyjna". Dużo już o niej słyszałam, wiele czytałam, ale z tylko jedną teorią się zgadzam. Mówi ona, że Etiuda napisana została po upadku Powstania Listopadowego, co skłoniło Chopina do jej napisania. W samej Etiudzie (trudnej i skomplikowanej swoją drogą) da się słyszeć żal kompozytora, który zaczął powoli tracić nadzieję na wolny kraj. 

Henryk Sienkiewicz
Jego Trylogia znana jest przez każdego chyba Polaka. Opasłe tomiska nie zawsze zachęcają do czytania, ale nie da się ukryć, że są perełką w dorobku polskiej literatury. Potwierdzają to liczne ekranizacje jego dzieł, a także słowa innych wielkich pisarzy na jego temat. Przykładem służyć nam może cytat z "Dzienników" Żeromskiego: "Sam widziałem w Sandomierskiem, jak wszyscy, tacy nawet, którzy nic nie czytują, dobijali się o Potop"

Jan Miodek
Wracając do współczesnych nam czasów wspomnieć muszę o popularyzatorze nauki o ojczystym języku. Jego programy językoznawcze są bardzo popularne, uczą Polaków poprawności językowej. Jego właśnie postać ukształtowała mnie na purystkę, dbającą o piękno naszego języka w każdym możliwym calu, do ciągłego poszerzania wiedzy, zasobu słownictwa i szukającą wciąż sposobów na zbudzenie współczesnego patriotyzmu. 



Oczywiście w historii Polski wiele jeszcze jest postaci, które znaczą naprawdę wiele dla mnie i innych Polaków. Nie sposób jednak wymienić każdego poetę, reżysera, pisarza, polityka czy działacza. Oczywiście cześć i wdzięczność należą się im wszystkim, dlatego w tym dniu wspomnę każdego z nich, a was zachęcam do pochylenia się nad innymi znaczącymi postaciami, dzięki którym nasz kraj jest, jaki jest. 



niedziela, 8 listopada 2015

Carlos Ruiz Zafón, czarne motyle i enigmatyczna "Marina"

    O Zafónie czytałam wiele dobrego. Dotyczyło to przede wszystkim "Cienia wiatru", który chciałam przeczytać już dawno temu. Jednak - zgodnie z moją zasadą - nie czytam czegoś, czym zachwyca się pół świata. Tak było i z tą książką.
  Po spontanicznej "wycieczce" do szkolnej biblioteki, moje przeglądające półki oczy zatrzymały się na jednym nazwisku. Zafón. Tytuł brzmiał "Marina". Wzięłam książkę bez wahania, nie czytając nawet opisu.
San początek mówił mi, że książka będzie wspaniała. Pierwszego wrażenia nie wyparłam się przez ani jeden moment.


Barcelona. Rok 1979. Młodego Óskara jakaś niepohamowana siła wpycha do starego, opuszczonego z pozoru pałacyku. Tam poznaje później Marinę. Ciekawość tych dwojga będzie miała ogromy wpływ na  resztę ich życia. Wszystko to za sprawą tajemniczej kobiety w czerni pojawiającej się co miesiąc na starym, barcelońskim cmentarzu i odwiedzającej bezimienny grób ze znakiem czarnego motyla, który nie da przyjaciołom o sobie zapomnieć już nigdy.

Gdyby nie całkiem prawdziwa i realna Barcelona, pomyślałabym, że powieść ma miejsce w innym, odległym świecie. Nieprawdopodobna historia, która wciąga w swój świat tak, jakby rozgrywała się na naszych oczach.

Trudno mi napisać coś więcej. Ta książka jest naprawdę dobra, kryje piękną historię, raz nawet po moich policzkach spłynęły łzy.
Niesamowicie się cieszę, że mogę to w końcu napisać: Dobra robota, Zafón!

Plusy:
+ piękna historia, którą czyta się błyskawicznie
+ tajemnica, której odkrycie wymaga czytania dokładnego i do samego końca; czasem martwiłam się, że nie wyjaśniono mi niektórych kwestii, ale chwilę później dostawałam już na nie odpowiedź
+ ciekawa budowa; lubię historie w formie retrospekcji
+ genialne pomieszanie realnej Barcelony z fikcją literacką
+ budowanie atmosfery i emocji na naprawdę dobrym poziomie


Minusy:
brak

Moja ocena:
10/10

Książka bierze udział w akcji "Czytam nie tylko amerykanów"



czwartek, 5 listopada 2015

Aristocracy family TAG

  Zanim jeszcze ukaże się recenzja "Czarnej listy", zapraszam na wykonanie tagu, do którego zostałam nominowana przez samą autorkę - Natalie Schreave. A oto jej wykonanie - (klik!).

Zabawa oczywiście banalnie prosta, a jakże ciekawa. Do podanych kategorii dobieramy pasujące postacie literackie. Ja jednak (mam nadzieję, że się nasz twórca nie obrazi!) lekko tag zmienię i podawać będę także postacie filmowe.


Doradca - osoba, która zawsze służy dobrą radą i jest wspaniałym powiernikiem
 Sensei Yamada, o którym pisałam już w moim "Top 5 postaci literackich", zdecydowanie on! Byłby idealnym doradcą, choć nad jego zagadkami trzeba by było troszkę pomyśleć...



Rycerz - postać niezwykle honorowa, która zawsze staje w obronie bliskich i potrzebujących, jest w stanie dużo dla nich poświęcić
 Naprawdę tak dużo u mnie samurajów? :)
 Będzie to mój ukochany Yamato - niesamowity samuraj, jak najbardziej przestrzegający kodeksu wojownika, w którym honor odgrywa niezwykle ważną rolę, podobnie jak dobroć i szlachetność.



Karczmarz - bohater o niepowtarzalnym stylu bycia i charyzmie 
Muszę. Naprawdę. Floki - moja ukochana postać z serialu "Wikingowie". Zaufany i wierny szaleniec. Wystarczy na niego spojrzeć - więcej pisać nie trzeba! 
 


Skryba - postać, która zapewne tak jak ty, wręcz uwielbia czytać książki
  Z tym będzie trudniej, nie chcę po raz enty podawać mojej ukochanej Diany... Stawiam więc na słynnego "smutnego chłopca z książką", czyli ukochanego oczywiście przez wszystkich Hamleta. 



 Szpieg  - osoba, której "dobrych intencji" od początku nie byłeś pewien i okazała się być zdrajcą bądź po prostu negatywną postacią
 Ha! I tu od razu ciekawostka! Od początku przeczuwałam, kto będzie mordercą w "I nie było już nikogo". Także Wargrave'a rozgryzłam od razu i nie dałam się nabrać na jego intrygę! 



Ostatni w kolejce do tronu - czyli bohater (literacki), którego darzysz wielką sympatią, mimo iż nie odgrywa ważnej roli (w książce)
 Trudno powiedzieć, co znaczy "ważna rola". Ale niech będzie Sam z "Birdmana". Zabawna i ironiczna, wredna buntowniczka. Po prostu ją uwielbiam.



Władca - postać, która już na zawsze będzie dla Ciebie kimś naprawdę ważnym
 Stephen Hawking. Jego znałam długo przed pojawieniem się "Teorii wszystkiego", ponad dwa lata temu skradł moje serce swoją osobą. Jego determinacja i siła są niesamowite. Zmienił w moim życiu wiele. Zaczynając od postrzegania ludzi aż po ułatwienie mi stworzenia własnej wizji świata. 


**Nie nominuję dziś nikogo, ale zachęcam do tagu każdego, komu się spodobał!**

Czekajcie na "Czarną listę" i czytaną przeze mnie teraz "Marinę" Zafóna!

niedziela, 1 listopada 2015

Top 5 postaci literackich

   Wracam z kolejnym, planowanym od dawna "Top 5". Zaczęłam czytać thriller spiskowy "Czarna lista", ale jakoś do mnie nie trafia, nie mogę go przeczytać, dlatego tak dawno nie ma żadnej książkowej recenzji. Ale postanawiam poprawę i chyba zabieram się za science fiction - pierwszy raz w życiu. 
Teraz jednak zapraszam na zestawienie moich pięciu ulubionych postaci literackich. 
Odsyłam was też do mojego zestawienia "Top 5 książek", gdyż wielu bohaterów pochodzi z tych właśnie książek  .



V Johannes - "Co dalej, szary człowieku?"
 Książka ma miejsce piąte, tak samo bohater. Przeciętny Niemiec, nie posiadający dużego majątku, dbający o swoją żonę, później też dziecko. Uwielbiam jego determinację, siłę i pokorę. Mimo że przeżył bardzo wiele, poznał czym są niesprawiedliwość i bieda, nie poddawał się i wciąż walczył o dobre życie dla siebie i swej rodziny. To wielki wzór dla mnie i zapewne wielu jeszcze ludzi. 

"Starzy małżonkowie w ogóle nie czują, że noszą obrączki. Nawet kiedy je gubią, wcale tego nie zauważają." 
"Jaginko, musisz mi to wybaczyć. Wiesz, tak z głębi serca, żebyś już o tym nie rozmyślała, byś mogła śmiać się z twojego głupiego męża, kiedy tylko spojrzysz na tę toaletkę."


 IV Behemot - "Mistrz i Małgorzata"
 Uroczy i wredny zarazem człekokształtny, czarny kotek. Wciąż towarzyszył szatanowi, pił wódkę i jeździł komunikacją miejską. Czy trzeba pisać coś więcej? :) Bardzo sympatyczna postać, rozbawiała mnie bardzo, daje się lubić, nawet jako czarny charakter. 

"[...] czyż ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus." 
"Ach, messer, moja żona, gdybym ją tylko miał, dwadzieścia razy mogła zostać wdową!" 

III Diana - "Ania z Zielonego Wzgórza"
 Diana. Urocza, kochana Diana. Na imię ma jak moja siostra, zawsze nas to śmieszyło. Wiecznie zaczytana, zamyślona i refleksyjna dziewczyna. Każdy mówił, że jest piękna. Gdy tylko przeczytałam w książce jej imię, od razu wyobraziłam ją sobie jako czarnowłosą dziewczynkę z warkoczykami. Co do koloru - zgadłam doskonale :) Każdy, kto "Anię..." czytał, myśli zapewne podobnie jak ja. Wiele bym dała za taką przyjaciółkę. 

"Czasem mam wrażenie, że czuję lęk przed tą „dorosłością”, i w takich chwilach dałabym dużo za to, żeby być znowu małą dziewczynką."
"Karol Sloane jest w tobie śmiertelnie zakochany. Powiedział swojej matce – rozumiesz, matce – że jesteś najbystrzejszą dziewczynką w szkole. To wszak więcej znaczy niż być ładną."

II Shigeru - "Opowieści rodu Otori"
 Głowa rodu wymienionego w tytule. Mądry, dobry, honorowy. Idealny samuraj, ojciec i nauczyciel. Scena jego śmierci była pierwszą, przy której kiedykolwiek płakałam. Cudowny człowiek, który potrafił właściwie hierarchizować czyny i cechy. Wierny i oddany kodeksowi bushido, co jeszcze bardziej potęguje jego uczciwość. 

I Sensei Yamada - "Młody samuraj"
 Znowu samuraje! Od razu widać, w jakich książkach się kocham. Sensei Yamada jest najlepszą postacią, z jaką było mi dane się spotkać w książkowej rzeczywistości. Niesamowicie mądry człowiek, gotów oddać życie za każdego swego ucznia, a także każdego nauczyciela Niten Ichi Ryu - Jednej szkoły dwojga niebios. Potrafił pomóc w każdej sytuacji dając wskazówki, często trudne do zrozumienia, ale jakże pomocne w odpowiednim czasie. Pokazał, że nie siła świadczy o wielkości człowieka, a serce i rozum. 

"Porażką jest jedynie nie próbować więcej. Liczy się odwaga, by walczyć dalej"
"Żeby zostać wdeptanym w błoto, trzeba leżeć na ziemi."