http://kultusarnie.blogspot.com/http://kultusarnie.blogspot.com/p/o-mnie.html


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą interpretacyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą interpretacyjnie. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 marca 2017

INTERPRETACYJNIE #3: "MILLHAVEN" - BARTOSZ KULAS



  Hej, hej filmoholicy! Dziś kolejne Interpretacyjnie, na które wiem, że czekaliście. Muszę przyznać, że miałam z tym filmem spory problem, bo Millhaven to dziwna, psychodeliczna opowieść oparta na tekście piosenki Nicka Cave'a. Ponieważ jednak interpretuję film, nie przekład tekstu, poznacie tę właśnie wersję – w reżyserii Bartka Kulasa i wykonaniu Katarzyny Groniec.
 
  
Millhaven to teatralnie zaśpiewana historia Loretty – pochodzącej z tytułowego miasteczka niespełna piętnastoletniej dziewczynki, która twierdzi, że ma najpiękniejsze włosy i oczy w całej okolicy.
Wychowana była w pobożnej rodzinie chrześcijańskiej. Jej matka zawsze powtarzała, że każdy – bez wyjątku – musi kiedyś umrzeć. 


Otóż w Millhaven zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Po tygodniach poszukiwań młody Billy został znaleziony martwy w rzece, głowa pana Handmana leżała na dnie fontanny, a psa księdza przybito do drzwi.  Pogrzeb futrzaka odbył się w szkolnym laboratorium, na oczach uczniów. Ostatnią ofiarą okazała się być pani Colgate, do której jednak policja dotarła na tyle szybko, by kobieta zdążyła wyjawić nazwisko mordercy.


Loretta przyznała się do wszystkiego, zastrzegając jednak, że nie ma nic wspólnego z zabiciem psa (zawsze była z religii wzorową uczennicą).
Trafi
ła do przyklasztornego szpitala psychiatrycznego (choć nie jest "Pierwszym lepszym świrem"), gdzie traktowano ją elektrowstrząsami i podawano jej Prozac.
Czy
żałuje? Jak najbardziej. Mogła zrobić znacznie więcej. Teraz chce tylko wyzdrowieć, by móc dokończyć swoje dzieło.



Każda historia śmierci to oddzielna zwrotka, po której następuje puenta: Nie znasz dnia ani godziny, tylko Bóg je zna. Pod sam koniec filmu, Loretta leżąc wyczerpana po makabrycznym tańcu z pająkami, zmienia nieco jej treść – nie znasz dnia ani godziny… znam je tylko ja. Podaje też w wątpliwość piękno jej zielonych oczy i włosów. Z jej dłoni ucieka złota kulka, powoli zmieniająca się w Słońce rozświetlające Millhaven.



Tu zaczynają się schody, bo nie pisałabym o tym filmie, gdyby był prosty do odczytu. Zacznijmy więc od rzeczy prostszych, wręcz oczywistych.
Aspekt religijny jest w animacji bardzo wa
żny. Lotta co chwilę przypomina słuchaczowi, że jest osobą bardzo pobożną, wierną Bogu. Dlaczego więc dopuściła się takich czynów?
Część winy może leżeć po stronie matki, która od dziecka przypominała dziewczynce o nieuniknionej śmierci, która nie widzi wyjątków. Mogło to zrodzić w Loretcie początki psychozy, być może zabijając poszczególne ofiary była pewna tego, że wypełnia boży plan?

Padnijcie wszyscy na kolana,
najprostszą drogę znam do Pana!

Groteskowy taniec, który wykonała dziewczyna (gdy w jej głosie słychać już szaleństwo), jest zarazem oznaką lekkości, z jaką wszystkiego dokonała, jak i swego rodzaju rytuałem. Często bowiem, gdy myślimy o chorej psychicznie osobie, widzimy kogoś, kto śmieje się pomimo/z powodu tego, co zrobił. Lotta przekonana jest o swojej niewinności, co tłumaczyć możemy działaniem w imię Boga.
Jest jeszcze inna wersja. By
ć może Loretta sama czuje się Bogiem?
 „Tylko Bóg je zna” / „Znam je tylko ja”
Poza tym, mamy jeszcze Słońce wychodzące niejako z dłoni Lotty. Była o nim mowa na samym początku piosenki, gdy dziewczyna zaznaczyła, iż miasto pokazuje swą prawdziwą stronę dopiero przy jego świetle.  Mówiąc szczerze, nie za bardzo wiem, co może to oznaczać, ale mam oczywiście kilka opcji. Jedna z nich zakłada, że ponieważ Lotta „jest” Bogiem, jest również Stwórcą. Jest przez to w stanie pokazać w złotym świetle miasto, które – jak sama twierdzi ­– uczyniło ją taką, jaką się stała.
Pytanie jednak, czy mo
żemy jej wierzyć.

Wytrwa
ły (lub zszokowany) widz dostrzeże podczas napisów końcowych jedną scenę, która prawdopodobnie zmienia wszystko, co do tej pory napisałam.
Pami
ętacie psa pastora O'Rye??
Kr
ótka scenka pokazuje nam Lorettę idącą za psem i wyciągającą zza pleców… Młot i gwoździe. Przypomnijmy, że jedynym argumentem, że tego NIE zrobiła, były „szóstki” z religii. 



Być może więc zostaliśmy od samego początku oszukani.
Z
łe i ponure miasto zmieniło małą Lottę w osobę, która czerpie przyjemność z cierpienia bez wyższego celu.
By
ć może Bóg nie ma dla niej żadnego znaczenia.
By
ć może ta historia nigdy się nie wydarzyła – Millhaven jest zwykłym miasteczkiem, a Loretta pełną kompleksów dziewczyną pragnącą uwagi.

A mo
że Loretta nigdy nie istniała?







poniedziałek, 2 maja 2016

Interpretacyjnie #2: "Coda" - Alan Holly

   
 Pierwsza część Interpretacyjnie [link] pojawiła się ostatniego dnia sierpnia, więc trochę czasu minęło. Zapraszam na część drugą, a w niej piękna Coda.


  Już na pierwszy rzut oka widzimy ogromną różnicę między filmem tym, a krótkometrażówkami Bagińskiego. Nieszczegółowa kreska z nieszczegółowym otoczeniem, gra światłocienia i te piękne kontrasty.

Poznajemy więc pijanego i zataczającego się mężczyznę. Podczas liczenia pieniędzy, wychodzi na ulicę i zostaje potrącony przez samochód.

  
Gdy wokół zbiera się tłum gapiów, dusza mężczyzny opuszcza ciało i wybiera się w podróż po mieście. Gdy do miejsca tragedii dociera Śmierć, zaczyna podążać za zbłąkaną duszą.

 
Nieustępliwa czarna postać w kapturze odnajduje wreszcie siedzącego na ławce w parku ducha. Przysiada się, gdy ten zaczyna proponować Śmierci ugodę.

 
Ona jednak zgadza się jedynie na zabranie duszy w podróż. Podróż po przeszłości i wizjach. Tak oto dusza staje się niewinnym niemowlęciem, któremu Śmierć przebrana za matkę obiecuje bezpieczeństwo i bierze go w ramiona.

  

Gdy dziecko wciąż prosi o więcej wizji, więcej obrazów, które chce zapamiętać, domyślać się możemy, że próbuje jedynie oszukać lub opóźnić to, co nieuchronne.

  
Zmęczone więc niemowlę usypia w ramionach Śmierci i wraz z nią znika za czarną szatą.

Historię możemy - jak to bywa w filmach krótkometrażowych - traktować i interpretować na wiele sposobów. Od tego najprostszego - ostrzeżenia przed alkoholem, do tych bardziej szczegółowych. Na tych drugich się skupię.

Zauważmy, że postacie, które dostrzec możemy w scenie śmierci bohatera, te zbierające się przy jego ciele, są jakby anonimowe. Twarz bez szczegółów, podobnież otoczenie, do którego autor nie przykłada większej wagi.

 
Nie jest to oczywiście bez znaczenia. Pokazuje nam uniwersalizm historii. Żadnych miejsc, żadnych imion, żadnych twarzy. To może być każdy. To może stać się wszędzie. Widzimy też reakcje tłumu. Jedną małą scenę będącą satyrą czy też po prostu krytyką współczesnego społeczeństwa. Jedni rozpaczają, chowają twarz w dłoniach, inni stoją niewzruszeni, jedynie zaciekawieni, a jest i ktoś, kto wypadek uznaje za świetną sensację i nagrywa całe zdarzenie smartfonem.

  
Nasz główny bohater reprezentuję postawę naszych czasów. Postawę ludzi śmierci się już nie bojących. Starających się ją jedynie odwlec, opóźnić. Ludzi zachłannych, gotowych negocjować nawet z samą Śmiercią. Czy jest to odwołanie do upartości ludzi, czy ciągłej walce nauki i techniki ze śmiercią, tego nie wiemy na sto procent.

   

Nadchodzi jednak moment, gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że nie mamy już żadnych szans. Karmimy się tylko złudną nadzieją błogości i szczęścia, czego symbolem jest matka. Śmierć pod jej postacią obiecuje nam schronienie i szczęście. Zapewnia, że się nami zajmie. Czyż nie jest to prawda?

   

Mamy też starca. Dziecko mówi, że jest to jego dziadek. I to jest sprawa trudna do interpretacji. Wychodzi ona spod płaszcza śmierci, jest więc kolejną ułudą bycia w okolicy kogoś bliskiego. Dziecko pyta dziadka, czemu nigdy nie rozmawiali, ten jednak nie zna na to pytanie odpowiedzi. Samo pytanie pokazywać może pewien żal i poczucie winy, bo po śmierci mężczyzna nie ma już szans naprawić tych relacji.

  
W końcu na ekranie pojawia się para. Domyślać się można, że to rodzice bohatera. Kobieta czegoś się boi, zapewne tego, że jest w ciąży. Jeśli tak, możemy przypuszczać, że dziecko było niechciane.

     

Śmierć mówi wreszcie, że już czas. Gdy niemowlę prosi o pokazanie rzeczy, które mógłby zapamiętać spotyka się z wizjami wszelakich przedmiotów, roślin i zwierząt. Szybko zdajemy sobie sprawę, że są to rzeczy bez żadnej wartości. Rzeczy, które po śmierci nam się nei przydają. I tu wchodzimy w motyw vanitas, czyli motyw marności. To, co bohater zapamiętuje, nie niesie ze sobą nic. Sterta niepotrzebnych i bezwartościowych szpargałów. Kolejny obraz nas - ludzi ceniących materialność poza wszystko inne.

   
Ale ten moment musiał w końcu nadejść. Pora na śmierć ostateczną i samotną, jeśli nie liczyć postaci Śmierci, która spełnia obietnicę i nie opuszcza dziecka. Zabiera je ze sobą. Już na zawsze.

  



Zachęcam do zapoznania się z filmem. Trwa 9 minut, a warto ten czas poświęcić, by nauczyć się żyć inaczej. Może zamiast zabrać nam czas, stanie się coś odwrotnego. Może ten czas właśnie zyskamy.