sobota, 6 stycznia 2018

KULTURALNE PODSUMOWANIE 2017 + POSTANOWIENIA 2018



Hej, hej kulturoholicy! Wiem, nikt nie wierzy, że to ja. Minęły już ponad 4 miesiące, ale przez to moje podsumowanie będzie ciekawsze!
Piszę na znienawidzonym przeze mnie wynalazku, czyli laptopie. Ach, tęsknię za normalnym komputerem...
Podaję wam playlistę do przesłuchania w tle i jedziemy!


I. O BLOGU I O TYM, ŻE GO PRAKTYCZNIE NIE MA
W poprzednim poście tłumaczyłam wam, co się dzieje i dlaczego tak jest. Trochę tłumaczę się brakiem czasu, trochę Nieproszonymi (swoją drogą niedługo powinien pojawić się tam mój post o Glukhovskym). Ale prawda jest taka, że nie miałam tak naprawdę o czym pisać. Zawiodłam sama siebie, ale w tym roku zamierzam to poprawić. Ale o tym później.

II. O CINEMA UNLIMITED
Teraz będzie o czymś dobrym. O czymś, co zaczęłam dopiero we wrześniu, a zamierzam kontynuować przez następne lata (albo do czasu gdy wydam wszystkie pieniądze na jedzenie i kocyki). Cinema City nie było w moim rodzinnym mieście, więc nie miałam szansy z Unlimited nawet skorzystać. Nie pamiętam, gdzie o tym usłyszałam, ale było to dawno temu. W Suwałkach na bilety do kina wydawałam miesięcznie średnio 200 zł. Sporo, wiem. Ale lubię chodzić do kina, a niektóre filmy warto zobaczyć więcej niż raz. A bilety nie są tanie... Chyba, że masz Unlimited i płacisz 52 złote, po czym chodzisz do kina kiedy i gdzie chcesz. Jeśli brzmi to jak tania reklama, super. Bo w sumie nią jest. Właściwie to nawet nie tania, a darmowa, a CC nie ma o niej zielonego pojęcia. Do rzeczy. Od września do stycznia byłam w kinie 34 razy, z czego 32 to z kartą CU. Dwa inne to "Day of the Gusano", który grany był tylko w Multikinie oraz "Star Wars", na które poszłam z bratem w Suwałkach. I gdyby nie ta karta nie zobaczyłabym zapewne filmu "The Square", na który poszłam w sumie przypadkiem, po pracy.

III. O PRZECZYTANYCH KSIĄŻKACH; JAKICHŚ CZTERECH
Jakby się nad tym zastanowić, to serio tak było. Policzmy: "Zabić drozda", po raz siódmy "Ostateczni", kolejna część "Młodego samuraja"... I to chyba tyle. Okłamałam was, to były 3 książki. I jakieś dziesięć zaczętych, których do teraz przeczytać nie mogę. Aktualnie najbardziej skupiam się na "Czasie Zmierzchu", a skoro Glukhovsky mi nie idzie, to coś jest poważnie nie tak. Dlatego przemilczmy temat książek, ale przy Dmitriju pozostańmy...

IV. O SPOTKANIU Z GLUKHOVSKYM
Okej, to jeden z rzeczy, które wykreślam z mojej niefizycznej listy marzeń. Ciągle się z nim mijałam. Pojechałam dla niego do Warszawy, a on nie przybył. Gdy on był w stolicy, ja mieszkałam w Anglii. Gdy ogłosił, że jego nowa książka jest już napisana, wiedziałam. Czekałam na informacje dotyczące spotkań autorskich nie w Warszawie, a w ogóle w Polsce. To był pewniak, Polska kocha Glukhovskiego. A on widocznie kocha nas (no i kasę, ale to oczywiste), więc zrobił niezłą turę po naszym kraju. Był i w stolicy, więc skorzystałam z, jak dla mnie, jednej na milion okazji i poszłam. To niesamowite uczucie zobaczyć na żywo człowieka, który napisał twoje ukochane książki. Co tam zobaczyć! Porozmawiać i podać dłoń. Coś niesamowitego. Aż się powtarzam. I uśmiecham się na samo wspomnienie tego wieczoru. Super!

V. O CIĄGŁEJ MIŁOŚCI DO SERIALI
To się akurat nie zmienia, bo seriale kocham i mam zamiar oglądać je do końca życia. Może napiszę jakiś oddzielny post? Lub kolejną aktualizację serialową... Najlepsze rzeczy, jakie w tym roku wśród seriali, które mnie spotkały, to:
- Lemony Snicket's A Series of Unfortunate Events
- Stranger Things
- Mindhunter
- The Young Pope
- Anne with an E
To tylko nowości, bo kontynuacje musiałabym wymieniać wieki!

VI. O HYDROGRAD
Czyli najnowszej płycie Stone Sour i pierwszej z nowym gitarzystą. Album, którego się bałam, a który mnie zaskoczył. Miałam pisać jego recenzję, ale nie wyszło, więc kilka słów napiszę teraz. Corey Taylor chyba pogubił się trochę w swoich zespołach. "Slipknot to jasność, a Stone Sour -ciemność". Granica trochę się mu zatarła, bo Slipknot gra coraz lżej, a SS kompletnie przeciwnie. Takie jest moje wrażenie. Gubi się tam gdzieś wizerunek przyjemnego, z lekka klasycznego rocka. Summa summarum SS wypada całkiem nieźle, gdy odsuniemy Slipknota na bok, a najlepiej o nim zapomnimy. Bo HYDROGRAD to dobry krążek. "Rose red violent blue (This song is dumb and so am I)" to utwór, który zapowiadał zespół mówiąc, że płyta będzie inna i odkrywcza. Nie jest. Ale ta piosenka owszem. Jest troszkę zabawna i zadziorna, ale to nadal kawał dobrej muzyki, szczególnie w połączeniu z przezabawnym i uroczym teledyskiem. "Fabuless", która album promowała, również jest jednym z lepszych utworów, choć na początku miałam o niej inne zdanie. Choć to utwór wyrwany brutalnie z House of Gold and Bones w lekko slipknotowym stylu, miło się tego słucha, ale dmuchana widownia w teledysku jest... dziwna. I tak to zostawmy.

VII. O PLANACH NA TEN ROK
Nie będę się długo rozpisywać, bo jak znowu nawalę, to będzie głupio.
Chcę zmusić się do czytania. Brzmi brutalnie, ale to chcę właśnie zrobić. Rok temu się udało. Zaczynam naprawdę dobre książki, a nigdy ich nie kończę. Więc to nie jest kwestia męczenia się z jedną, złą książką.
Każdy dzień chcę spędzić z choć jednym rodzajem kultury. Powiedzmy: poniedziałki - wieczór z książką, wtorek - krótki metraż (który ostatnio zaniedbuję) i tak dalej.
Nadal chcę chodzić do kina tak często, jak to możliwe. Jest czwarty stycznia, a ja byłam na 3 filmach. Nie jest źle.
Seriale, książki i filmy obejrzane/przeczytane w tym roku mam zamiar sobie zapisywać, mam nadzieję, że mnie to jakoś zmotywuje!

Póki co to tyle, zapraszam was jeszcze na dzisiejszy (bo już 6 stycznia!) tekst na Nieproszonych mojego autorstwa - Prawda ukryta w fantastyce – Dmitry Glukhovsky
Hejo! 

czwartek, 27 lipca 2017

NAJGORSZE POLSKIE TŁUMACZENIA TYTUŁÓW FILMÓW #2


Hej, hej filmoholicy! Po wielu miesiącach wracam do posta o tłumaczeniach filmów i zabieram się za część drugą.

Dziwnie się czuję, że muszę pisać takie rzeczy, no ale napiszę. Dla jasności.
Ten tekst ma charakter humorystyczny. Szanuję zawód tłumacza i rozumiem chwyty reklamowe i marketingowe. 
Proszę mi więc nie pisać czegoś w stylu: "A ty to tłumaczem jesteś? Prosz barc, sama coś wymyśl. No, dawaj. Proszę. Czekam."
Czasem warto po prostu... zostawić tytuł oryginalny :)



Die hard
tytuł polski: Szklana pułapka

Nic dodać, nic ująć.


Dirty dancing
tytuł polski: Wirujący seks

Och, jak zmysłowo!


Despicable Me
tytuł polski: Jak ukraść księżyc

Ktoś tu nie wierzył w drugą część filmu! Ale nie ma problemu, Despicable me 2 nazwiemy... Minionki rozrabiają!


Phantasm
tytuł polski - Mordercze kuleczki

To tak jak z bąbelkami. Nie da się gniewnie wypowiedzieć słowa 'bąbelki'.


The nightmare before Christmas
tytuł polski: Miasteczko Halloween

Oj, czepiasz się... święta to święta, a poza tym to Burton!


Reality bites
tytuł polski: Orbitowanie bez cukru

To teraz pytanie: ile Orbit zapłaciło za tę reklamę?!



Dosyć absurdów na dziś! Otrzyjcie łzy śmiechu i (grzecznie!) dyskutujcie w komentarzach!
Hejo!

czwartek, 20 lipca 2017

Mavka, czyli animacja, dla której pojechałabym za granicę | Kulturalne info


Hej, hej filmoholicy!
Mam dla was super wiadomość, dlatego piszę tego posta na szybko, by się nią z wami podzielić.
Doskonale wiecie, jak kocham animacje wszelakie, a gdy wspomnę jeszcze, jak dawna kultura słowiańska mnie interesuje, zrozumiecie, czemu wam o tym piszę.

Jak prawie każdego popołudnia przeglądam Facebooka.
Koty.
Przyjęta uchwała o SN.
Koty.
Ukraińska animacja.
Astrono...
Chwila.

Widzę jakąś piękną stopklatkę i muszę się zatrzymać.


Coś jak zaczarowany, magiczny las. Wiem już, że muszę to obejrzeć.
Wideo okazuje się być zapowiedzią pełnometrażowego filmu animowanego wyprodukowanego na Ukrainie. Dla mnie oznacza to zabawę tradycją, piękne, barwne animacje, a to wszystko w otoczeniu pięknej, boskiej przyrody.
Trailer mówi mi, że się nie mylę. Zresztą, obejrzyjcie sami.


Mamy więc bohaterkę o urodzie słowiańskiej bogini, kochającą przyrodę i... w dziwny sposób reagującą na dźwięk fletu.
Nie mogę się doczekać, aż poznam całą historię.
I ta niesamowita muzyka w tle...


Film ma ukazać się w roku 2019. Jeśli nie wyświetlą go w Polsce i będzie trudnodostępny na nośnikach DVD, przysięgam sobie, że pojadę choćby na Ukrainę, by go obejrzeć.

Znalazłam również film ukazujący proces powstania filmu. Polecam, by dowiedzieć się, jak ewoluowała nasza (prawdopodobnie) główna postać i skąd wzięły się symbole na jej ciele.


To tyle na dziś. Krótka notka informacyjna, mam nadzieję, że niecierpliwicie się tak samo jak ja!
Hejo!

poniedziałek, 10 lipca 2017

MY, MASOCHIŚCI - ZA CO KOCHAM ANTYUTOPIE | NIE WIEM, TO SIĘ WYPOWIEM #4


  Trochę was okłamałam. Po pierwsze, będzie pisane o mnie, a po drugie - nie tylko antyutopie, ale i również dystopie i postapo. Teraz, skoro przyznałam się do grzechu, możemy kontynuować.

    
Hej, hej książkoholicy!
Za oknem upał, słońce świeci nieubłaganie mocno, a to oznacza, że jest idealna pora na... siedzenie na kanapie z laptopem i pisanie dla was posta! Lodów kupić zapomniałam, więc lekko zasmucona (ale pełna energii) zabieram się za wymądrzanie!


DOBRZE WIECIE, OD CZEGO SIĘ ZACZĘŁO

Ale jeśli nie, spieszę z wyjaśnieniem. Zaczęło się więc od Ostatecznych Henryka Wiatrowskiego [recenzja obowiązkowa]. Pisać i mówić o tej książce będę, dopóki życia mi wystarczy. Ta krótka książka sprawiła, że najbliższe pół godziny spędziłam płacząc w poduszkę. I kocham ją całym moim sercem, każdym jego fragmentem. To ona uświadomiła mi, na czym ten gatunek polega i jak bardzo pełen sprzeczności jest. Poza tym, że doprowadza mnie do łez i wniosków, że ludzie są źli, okrutni i tak dalej, to uczy. Czego? Do tego jeszcze wrócimy, obiecuję.


ANTYUTOPIA A DYSTOPIA

Jeśli ktoś z was myślał, że są to synonimy - jesteście w błędzie. Ale zamierzam was z niego wyprowadzić.
No dobra, nie jest aż tak źle. Bo w mowie potocznej używamy tych pojęć zamiennie. Ale skoro mówimy o literaturze, to warto je od siebie odróżniać
Antyutopia to świat, w którym indywidualność człowieka zabierana jest na rzecz dobra ogółu. Innymi słowy - utopijny program, który ma świat naprawić, a doprowadza do totalitaryzmu i utraty prywatności poprzez kontrolę i "pranie mózgów".
Dystopia natomiast to pewna... wizja przyszłości, całkiem prawdopodobna, bo biorąca się z rzeczywistości.
Granica jest bardzo cienka, trudno więc stwierdzić czy dana książka należy do jednego nurtu, drugiego czy jest hybrydą obu.
Tak jest na przykład z Rokiem 1984. Naprawdę wiele czasu spędziłam czytając o nie tylko samym Orwellu i jego reprezentatywnej książce, ale też o komunizmie w Hiszpanii i hiszpańskim powstaniu, w którym autor brał udział i które przyczyniło się do napisania antyutopii (ta książka nazywana jest prekursorem gatunku; mamy nawet przymiotnik orwellowski). Nie mogłam jednak ostatecznie i definitywnie dopasować jej [książki] do któregoś z gatunków. Mamy tam przecież obecną (na tamte czasy) sytuację polityczną, która rozwijała się przecież w zawrotnym tempie, a dyktatura i totalitaryzm mogłyby z powodzeniem wprowadzić cały orwellowski właśnie system. Z drugiej strony społeczeństwo jest ogłupiane i całkowicie kontrolowane, co ma spowodować porządek w tamtejszym świecie.

ZA CO KOCHAM TEN GATUNEK?

Jakkolwiek to zabrzmi - za to, że autorzy pokazują nam, jak złymi ludźmi jesteśmy. A raczej, że ludzie to najgorszy i najokrutniejszy gatunek ze wszystkich zwierząt.
Czytaliście Metro 2033 [recenzja]? Mamy tam mały świat. Taki sam jak nasz, tylko z wyolbrzymionymi wartościami i osadzony w moskiewskich podziemiach. Dowiadujemy się, że pieniądze to tylko papierki, a rację każdy ma swoją.
Ostateczni pokazują nam, że brak komunikacji, współczucia i zrozumienia dla odmieńców może doprowadzić do śmierci niewinnych osób. I przede wszystkim, że kilkoro ludzi może zniszczyć cały świat, doprowadzić do podziałów i niesprawiedliwości.

Najmniej serca mają ludzie. Bo nie działają pod wpływem instynktu, a świadomie zabijają, niszczą i krzywdzą, by osiągnąć coś, co stracą zaraz po śmierci.
Do takich samych wniosków dochodzimy przy każdej antyutopii, dystopii czy postapokalipsie.

I to jest właśnie ta nauka.
Pisarze tworzą światy, w których nie chcemy nigdy żyć. Chwilę później widzimy, że to jest przecież możliwe. Wiemy, że są ludzie, którzy byliby w stanie to zrobić.
I zaczynamy zmieniać świat. Powoli, małymi kroczkami. Uczymy się na błędach, których jeszcze nie popełniono. Dobra nasza. Mamy szansę zastanowić się nad swoim życiem i zacząć czynić dobro, w nadziei, że ktoś zrobi to samo.

Zło ze świata nie zniknie, ale możemy sprawić, że będzie on lepszy.
Czyż to niesamowite, że do takich wniosków - a potem i czynów - dochodzimy po nie stu, nawet nie dziesięciu, a po jednej książce? Za to właśnie je kocham. I zrobię wszystko, byście i wy pokochali.

środa, 24 maja 2017

MARATON FILMOWY/ PLANY FILMOWE | 24-31 maja

Hej, hej filmoholicy! Ostatnio piszę głównie dla was, ale dalej męczę jedną książkę. Chyba w końcu się poddam...

   
Gdy tylko włączam Filmweba, widzę 90 filmów do obejrzenia. Zawsze starałam się oglądać wszystko na bieżąco, a tu... 90 FILMÓW!
Postanowiłam więc zrobić sobie małe wyzwanie.

Jeden tydzień. 
Dziesięć filmów.

Niewiele? Tylko z pozoru. Praca nie pozwala mi siedzieć nocami codziennie przed ekranem. Nawet na seriale nie mam wiele czasu. Mam więc nadzieję, że uda mi się obejrzeć je wszystkie, a może nawet więcej.
Po każdym filmie notować będę swoje odczucia. Później napiszę podsumowanie, w którym je zawrę.
Nie przedłużając, poznajcie moje plany na najbliższy tydzień!




MANDARYNKI (2013)
reż. Zaza Urushadze

  
MECHANICZNA POMARAŃCZA (1971)
reż. Stanley Kubrick

  
CUDOWNIE MIEJSCE (1994)
reż. Jan Jakub Kolski

  
ŻYCIE JEST PIĘKNE (1997)
reż. Roberto Benigni

  
ONA (2013)
reż. Spike Jonze

  
NAKARMIĆ KRUKI (1976)
reż. Carlos Saura

  
CHOĆ GONI NAS CZAS (2007)
reż. Rob Reiner

  
ZAGINIONA DZIEWCZYNA (2014)
reż. David Fincher

  
BOYHOOD (2014)
reż. Richard Linklater

   
STOWARZYSZENIE UMARŁYCH POETÓW (1989)
reż. Peter Weir

   


To jak, planujecie maraton ze mną?
Dajcie koniecznie znać, gdy któryś z tych filmów widzieliście.
Trzymajcie kciuki, żeby się udało!
Hejo!


środa, 3 maja 2017

Polski TAG książkowy


 Hej, hej książkoholicy! Autorskiego tagu nie było ponad rok, więc chyba już najwyższa pora. A ponieważ trafiła się niemała okazja, jaką jest wielkie i ważne dla nas, Polaków, święto, widzicie go właśnie dziś!
Zasady są jak zwykle proste - ja daję wam zadania, które interpretujecie w dowolny sposób, odpowiadacie na nie i nominujecie do tagu kolejnych blogerów. Jak wiecie (lub nie), moje tagi cechują się swoją lakonicznością - są bardzo krótkie i rozległe w odpowiedzi.
To co? Zaczynamy!



Biało-czerwona flaga - książka, w której krew została oddana w dobrej sprawie

Pytanie trudne, ale wierzę, że dacie radę! U mnie będzie to - zdecydowanie - "Młody Samuraj", a dokładniej wojna z shogunem. Wielu oddało życie, by ocalić niewinnych i bezbronnych. Postawa godna prawdziwego samuraja.

Warszawska Syrenka - książka, której akcja dzieje się w wielkim mieście

Nie dość, że akcja "Czasu Żniw" (recenzja) dzieje się w ukrytym zakątku Londynu, to karna Kolonia - Oksford wydaje się być całkiem pojemnym miastem-państwem: mamy tu typowe dormitoria, plac główny, mieszkania cyrkowców i komnaty tych ważniejszych. A Londyn? Miano stolicy mówi samo za siebie!

Fiat 125p - zapomniana książka, o której powinien usłyszeć świat

Nie oszukujmy się - nie byłabym sobą, gdyby nie było tu "Ostatecznych". Jeśli nie przeczytałeś recenzji, daję ci szansę (RECENZJA)! Książka wydana przez mały, nieistniejący już Kurier Podlaski. Kawał dobrej fantastyki, moja najukochańsza i niezwykle dla mnie ważna. W czasach, gdy fantastyka przeżywa swoje złote lata, ktoś powinien wydać ją ponownie, z należytym dla niej szacunkiem. I - jak już obiecałam - zrobię wszystko, by tak się stało.

Morze Bałtyckie - książka z otwartym zakończeniem

Czy może pasować tu książka inna, niż taka, która kończy się słowem... POCZĄTEK?
Mowa tu o "Futu.re" (recenzja, z której jestem swoją drogą dumna), która skłoniła mnie do sięgnięcia po Głuchowskiego - pisarza, którego szanuję za to, co mówi, co pisze i jak patrzy na świat. Bo są książki, których zakończenia lepiej nie znać. Tak jest w tym przypadku. Panie Dmitrij - ma pan moje serce do dyspozycji. Pod warunkiem, że nigdy nie stanę się nieśmiertelna.

Muzeum Powstania Warszawskiego - książka, przy której nie sposób nie płakać

Przy pewniej scenie śmierci płakałam bardzo długo. Śmierci smutnej, brutalnej i niesprawiedliwej. Był to jeden z niewielu takich przypadków, ale nie umiałam powstrzymać łez. "Opowieści Rodu Otori" to seria, do której muszę wrócić, ale tak bardzo nie chcę, by się skończyła. Pozycja obowiązkowa dla miłośników ninja i samurajów.


NOMINACJE

To już chyba rutyna - Suomi
I kolejna - Paulina
Pati, która ma taki sam szablon!
Ola, która mam nadzieję, że znajdzie chwilkę
Magda, której Instagram wymiata, a wiersze jej mamy to arcydzieło!
Nowość, bo Filip, o którym dopiero się dowiedziałam - czekam na ta w formie filmu!
Daria - szacun za polskie tytuły i regularność!

Dziś trochę poważnie, ale i dzień i okazja poważne. Tag zaskakująco długi, ale myślę, że mieści się w standardzie. Niedługo (na prawdę!) zapraszam was i filmoholików na post poświęcony filmom na każdą porę roku. Póki co, życzę dobranoc albo miłego dnia.
Hejo!

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

KULTURALNE GUILTY PLEASURE


Hej, hej... wszystkim!
Jest 23:15, oczywiście idealna pora na napisanie posta (tak, 'posta', nie 'postu' - idąc za słowami prof. Bańki). Przedstawiam wam listę moich wstydliwych przyjemności (KULTURALNYCH!), ale najpierw pogadanka popisanka(?!). Tak. Właśnie tak. Chwila, idę po lody.

Ostatnio położyłam się wygodnie, wzięłam laptopa, włączyłam Filmweb i postanowiłam obejrzeć jakiś ambitny film. Kilka minut później wzdychałam nad panem Darcym.
Mój mózg odpoczywa ostatnio od wszystkiego, co poważne czy ambitne właśnie.
I tak sobie myślę - ja, osoba, która kocha ponad wszystko dramaty, metal i muzykę klasyczną, siada wieczorami i włącza sobie głupią komedię romantyczną, a chwilę później przegląda najgłupsze artykuły w internecie przy akompaniamencie głośnej muzyki hiszpańskiej, która brzmi jak z klubu w "Zbuntowanym aniele". Mam się czego wstydzić? Trudno powiedzieć. Bo wiecie, guilty pleasure jest wstydliwe chyba tylko z nazwy. Każdy z nas ma w sobie ten pierwiastek ogromnego szaleństwa i ryzyka zrujnowania swojego życia, który każe nam włączyć głupi film i posłuchać pustej muzyki. To też jest częścią nas i składa się na nasz gust, ale nie o tym miałam pisać. Poza tym i tak pewnie nikt tego nie czyta, bo wszyscy przeszli do listy. Przyznaj się, ciebie też kusiło. Za dużo gadam. I piszę. Jejusiu, powinnam iść spać. Co ja robię ze swoim życiem...


POP

Muzyka popularna, muzyka z samego serca... nikąd. Muzyka, którą Corey Taylor określił jednym z jego osobistych siedmiu grzechów głównych. Czy miał rację? Jak najbardziej. Tym bardziej wstydzę się przed sobą, że w ukryciu przed światem słucham sobie "Shape of you" Sheerana (tak w ogóle to mam pół godziny drogi do miejsca jego urodzenia; ale ciekawostka) albo - co jeszcze gorsze - "Side to Side" tej wkurzającej jak nagrzana poduszka, ale - co by nie mówić - utalentowanej Grande. Tak, wstydzę się tego. Ale dobrze się przy tym bawię (sama ze sobą co prawda) i to bym Taylorowi powiedziała. Nie, w sumie to bym nie powiedziała.
W ogóle to wytłumaczcie mi, czemu nie mam tak z muzyką hiszpańską. Albo nie wiem, Linkin Park (taki żarcik).

SERIALE

Nie wszystkie. Seriale kocham i chyba każdy, kto mnie zna, to wie (nie za dużo przecinków?). Chodzi mi o takie, o których oglądanie nikt by mnie nie podejrzewał. Przykład? "Plotkara", ostatnio "Girlboss"(albo jakoś tak) czy "Trzynaście powodów". Seriale, które są tak bardzo nie w moich klimatach. Bo gdy myślicie o mnie, wykluczacie kompletnie modę, bff'y, ploteczki czy, na przykład, wielkie życiowe problemy z chłopakami (tak, Asia, wiem, że zaprzeczysz; nie o to mi chodzi, nie rozumiemy się). Zawsze mnie to bawiło i dalej będzie, może właśnie dlatego tak bardzo te seriale lubię. Ani nie są świetne jakościowo, ani treść nie jest szczególnie impr.. impe... imponująca. O, tego szukałam. Ale daje rozrywkę na długie godziny, bo po całym dniu w pracy czy szkole nie ma się najmniejszej ochoty na trudny dramat czy kolejny odcinek "Black Mirror".

YOUTUBE

Gdy ktoś mnie spyta, co oglądam na tej platformie, bez zawahania wymienię: Sci-funa, Cyber Mariana, Z Dupy, AdBustera, Naukowy Bełkot, Z głową w gwiazdach, Astrofazę, jakieś dwa vlogi książkowe, Sfilmowanych czy Na Gałęzi. Nie skłamię, bo nie dam rady wymienić przecież wszystkich (Roja nie wymieniłam na przykład!!!*), ale jednak celowo ominę co najmniej 5. I to wyłącznie** dlatego, że nie pasują do reszty listy. Nie trudno bowiem zauważyć, że nauka kręci mnie bardziej niż przystojny juror na festiwalu teatralnym, a o filmach mogę słuchać godzinami, nie ważne, z której perspektywy. Wiele więc straciłabym w czyichś oczach, gdybym dopowiedziała, że jestem uzależniona od Amerykanek robiących wciąż te same "TUMBLR ROOM DECOR" czy "DIY BACK TO SCHOOL SUPPLIES" i (cudownej swoją drogą) Pauli z DailyBoogie albo Ani z KichiTV. Czy obchodzi mnie ich opinia? Nie do końca. Ale lubię stwarzać wrażenie osoby wszystkowiedzącej (o czym wie każdy, kto porozmawiał ze mną dłużej niż pół minuty) i w ogóle poważnej i patrzącej z góry na takie głupoty. Nic na to nie poradzę, to jedna z moich wad. No ale nie do końca, bo żeby chwalić się wiedzą, trzeba takową posiadać. Czy się wstydzę oglądania tych "przyziemnych" kanałów? Jak najbardziej.

To miała być kulturalna lista.Wyszło jak wyszło, ale skoro nie napisałam o miłości do jednorożców, trzydziestoletnich facetów czy czytania gazet politycznych, to nie jest tak źle.
Byłam z wami szczera, nie wykorzystujcie tego przeciwko mnie.

Macie wrażenie, że ten post równie dobrze mógłby nie powstać, bo nie wnosi do waszego życia niczego, poza pozycjami na Youtubie, które musicie nadrobić?
No dobra, to jakiś sens ma.
W ogóle to już dziewięć minut po północy, a ja po te lody nie poszłam.
I już nie pójdę, bo chwilę temu brałam antybiotyk i nie mogę.
Kogo to obchodzi?
Słucham sobie Disturbed, ale włączę chyba Marsów, bo dawno nie słuchałam.
Albo pójdę spać?

Hejo!

*podobno ktoś, kto nadużywa wykrzykników lub daje wielo...wykrzyknik (to ja) jest niezrównoważony psychicznie
**tylko i wyłącznie to pleonazm, może was to obejść labo nie; ale lepiej, żeby obeszło, liberaliści




Co wy na to, żeby po każdym poście dawać kocie memy? Koty są spoko.
 Ps. Nie włączyłam Marsów, tylko  Slipknota, Nudna jestem.