http://kultusarnie.blogspot.com/http://kultusarnie.blogspot.com/p/o-mnie.html


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

RECENZJA "Suicide Squad", czyli się uśmiałam, ale nie zachwyciłam.

 Hej, hej filmoholicy!

 Dziś piszę (brawo, Sara!) o filmie, którego polski tytuł dodaję do swojej niepisanej listy najgorszych tłumaczeń (obok Podziemnego kręgu, Pół żartem, pół serio, Witaj w klubie, Wirującego seksu i innych). Za dużo recenzji w tej recenzji nie będzie, bo co ja - kompletny laik - mogę pisać o filmie akcji?  Omówię jednak kilka postaci, na które chciałabym zwrócić szczególną uwagę.

Mimo wszystko, recenzja to recenzja, więc wypada napisać o czymś poza kreacjami aktorskimi.


Zacznijmy więc do tego, że bardziej od samego filmu zachwycił mnie zwiastun. Serio. Wskazywał on na to, że w kinie wbijemy głowy w fotel, będzie wielkie bum i fajna muzyka. Bum było, owszem, co kilka minut, ale nie o to mi chodziło. DC miało okazję poprawić wizerunek po obłędnie złym Batman vs Superman, no i się nie do końca udało. Schemat wciąż pozostał ten sam, nadzieja leżała w aktorach i realizacji. Wrócę do zwiastunów. Bo o ile w późniejszych pojawiło się dużo ładnych kolorków, sam film przypominał raczej monochromatyczne ujęcia z początkowych teaserów. A szkoda, bo po pojawieniu się barw miało się nadzieję na taką odskocznię, coś innego. Wyszło jak wyszło, przynajmniej Quinn utrzymywała kolorystykę.


Od niej może zaczniemy. Harley Quinn, wierna kochanka psychopatycznego Jokera. Szalona, zwariowana i - przynajmniej dla mnie - zabójczo zabawna.Byłam bliska łez śmiechu przy każdej scenie z jej udziałem, mimo że humor całości był, co tu mówić, "suchy". Mnie to nie przeszkadza i żona Wilka z Wall Street wypadła na tle całego naszego "legionu" całkiem dobrze. Pole do popisu było, nie do końca wykorzystane, ale i tak myślałam, że będzie gorzej.


Skoro już o wariatach mowa - proszę państwa - Jared Leto, czyli filmowy Joker, którego miało być więcej! Znaczy... tak wynikało ze zwiastunów, w których było go mniej więcej tyle ile w samym filmie. Teraz mam lekkie wątpliwości co do obsadzenia w jego roli Leto... Ale, co zrobić, kto jak kto, ale on nie miał za dużo do zagrania, nie było nawet możliwości go dobrze poznać. Jeśli wierzyć znawcom komiksów, świetnie zagrał komiksowy pierwowzór, ale nie mnie to oceniać. Ja widzę po prostu bardzo przeciętną grę, a i trudno nie odnosić jej do najlepszego w tej roli Ledgera.


Jai Courtney grał! On na prawdę jest aktorem! Wiem, wiem, trudno w to uwierzyć, ale filmowy Boomerang był wielkim zaskoczeniem, bo nareszcie robił coś poza nudnym i beznamiętnym gadaniem przed kamerą. Była to postać, w którą można było uwierzyć, która dała się nawet polubić. Brawa dla tego pana, tak trzymać!


Muszę na jeden jeszcze aspekt zwrócić uwagę. A konkretniej na muzykę. Twórcy postawili na szalone i kultowe przeboje rockowe (no, nie tylko), które nijak się jednak miały do obrazu na ekranie. Miałam czasem wrażenie, że kompletnie przypadkowo dobrane utwory chyba jednak miały pasować do scen... tylko że coś nie wyszło. Tak oto scena na strzelnicy stała się hiphopowym teledyskiem. I w dodatku bardzo słabym teledyskiem.


Koniec wymądrzania się. Napisałam co sądzę (i w ogóle NAPISAŁAM), ale ocenę pozostawiam dla was. Bawiłam się dobrze, jednak nie jest to kino najwyższych lotów. Jednak, jak już wspomniałam, na akcji to ja się znam tyle, co... mój brat na balecie (czyli wcale jakby co).
Moje zdanie znacie, a jakie jest wasze? Też brakowało wam Jokera w Jokerze?
P.S. Enchantress była beznadziejna. Koniec komunikatu.

czwartek, 31 grudnia 2015

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy

    Miałam małe wątpliwości, czy tę recenzję pisać powinnam, bo - wstyd się przyznać - nie oglądałam żadnej z poprzednich części.
Do kina poszłam z moim bratem, Dawidem, który ma dziesięć lat i gdyby nie on, nie pomyślałabym, by tam pójść. Poza tym, że mnie namówił, wytłumaczył mi podstawy fabuły, bym mniej więcej wiedziała kto, jak gdzie i dlaczego.


Od Dawida dowiedziałam się "po drodze", że są dwaj nowi bohaterowie, którzy na dodatek są głównymi postaciami w filmie. Trudno mi napisać o fabule coś więcej, nie oglądałam poprzednich filmów z serii, nie chcę też spojlerować. Zdradzę tylko, że spotkamy znanego wszystkim Hana Solo (jego znałam nawet ja!) i Chewbaccę.

Na początku filmu dowiadujemy się, że jeden z pilotów Ruchu Oporu, Poe Dameron, posiada mapę z zaznaczonym na niej miejscem pobytu Luke'a Skywalkera. Jednak niedługo potem szturmowcy porywają Damerona, który zdążył nośnik z mapą przekazać droidowi BB-8. Poe, z pomocą jednego rebelianta z Najwyższego Porządku, Finna. Muszą teraz zdobyć nośnik i przekazać go Ruchowi Oporu.


 Myślę, ze plusem można z pewnej perspektywy nazwać to, że reszty "Gwiezdnych Wojen" nie widziałam. Patrzę subiektywnym okiem na całość filmu, nie porównując do poprzednich części. Moim zdaniem każdy film, nawet, jeśli składa się na całą serię czy trylogię, należy oceniać osobno. Bowiem zmiana nawet jednego członka zespołu może zdziałać bardzo wiele.
Co ciekawe, mimo mojego "zacofania" zrozumiałam dobrze praktycznie cały film. Ukłony więc w stronę twórców za tak doskonałe zbudowanie fabuły. Seans był naprawdę niesamowity, wychodząc z kina miałam naprawdę wiele myśli, a także łzy wzruszenia w oczach. Spodziewałam się, że te wszystkie postacie, bitwy i wydarzenia mnie znudzą, a było zupełnie przeciwnie. 
Jedyne, co mogę zarzucić, to nieco zubożałe postacie Finna i Rey, którzy byli przecież ważnymi bohaterami w akcji filmu. Ich historie miały naprawdę duży potencjał, niestety nie do końca wykorzystany. Sama postać Finna była nieco denna mimo szerokiego przedstawienia emocjonalnego. Poprzednie części obiecałam sobie obejrzeć. Czekam także na następną, gdzie liczę szczerze na rozwój tej dwójki bohaterów.

Co do kilku słów podsumowania, film naprawdę wart obejrzenia, nawet dla tych, którzy fanami GW nie są, bowiem to po prostu dobry kawałek kina. Mówię to na swoim przykładzie. Przykładzie osoby nie przepadającej za klimatami sci-fi, bitew wyimaginowanych istot dziwnymi urządzeniami. Przekonałam się jednak, ze są takie klasyki, które po prostu trzeba obejrzeć.

niedziela, 22 listopada 2015

Historia z kulturą w tle - Jared Leto, czyli ulubiony wokalista ulubionym aktorem

   A raczej odwrotnie. Najpierw bowiem zobaczyłam film z jego udziałem. Był to Azyl, w którym Leto właśnie był jedynym czynnikiem przyciągającym moją uwagę. Miał w sobie coś hipnotycznego, jego gra aktorska bardzo się wyróżniała na tle wszystkich innych postaci, które w moim osobistym odczuciu były nudne i mdłe. Przyciągał więc swoim wzrokiem i grą na naprawdę wysokim poziomie. Jednak wraz z
końcem filmu opadł zachwyt samym Leto.

Jared Leto w roli Juniora - "Azyl" 2002r.



Był wtedy rok 2009. Parę tygodni czy miesięcy po Azylu przyszła pora na polecany mi przez wielu film Requiem dla snu. Nie często zdarza się, bym oglądała filmy polecane przez większe grono ludzi, lecz moją uwagę przykuło słowo 'requiem', bowiem taki tytuł nosi jeden z moich ulubionych Mozartowskich utworów. Skuszona więc jednym słówkiem bez wahania włączyłam film. Nawet nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo mnie zachwycił. Kompletnie namieszał mi w głowie, tak jak to, że w roli głównej wystąpił nie kto inny jak Jared Leto. Nie rozczarował mnie ani trochę, odegrał swoją postać tak cudownie, że mogłam prawie ulec wrażeniu, że naprawdę jest Harrym - dilerem narkotyków, który popada w coraz większe tarapaty.  Nie poprzestałam tym razem na obejrzeniu filmu. Wiele o aktorze się naczytałam. Warte wspomnienia jest to, że do roli w Requiem dla snu schudł 28 funtów, czyli ok. 13 kilogramów.
 "Zrobiłem to, ponieważ naprawdę czułem, że naprowadzi mnie to na Harrego, moją postać. I tak, myślę, że tak się stało. Harry, jak i wszyscy w filmie, są w ciągłym stanie głodu. Postanowiłem, że nigdy nie chcę zachowywać się w ten sposób. [...] Nie jadłem posiłków przez tygodnie. Tylko nadgryzałem, ale nigdy więcej niż mały kawałek, nawet nie kęs. Nie byłbym w stanie zrobić tego nigdy więcej."
Jako Harry w "Requiem [...]" z 2000 r.; doskonale widać jego wychudzoną twarz

Ta historia naprawdę mnie urzekła. Zauważyłam, jak wiele jest w stanie zrobić dla dobrego odegrania swej roli.

 Niedługo potem (a był rok 2010) siedziałam w domu sama. Okropnie się nudziłam, każda znajoma mi piosenka wydawała się rozlazła i nie chciałam jej słyszeć. Miałam fatalny humor, postanowiłam poszukać nowych zespołów, które mnie w jakiś sposób zachwycą. Przypomniałam sobie fragment reklamy telefizyjnej pewnego festiwalu muzycznego. W głowie słyszałam dobiegający z niej głos "30 Seconds to Mars, Muse, The Chemical Brothers". Postanowiłam włączyć sobie po piosence z każdego z nich. Na pierwszy ogień poszli The Chemical Brothers i ich Hey boy, hey girl. Piosenkę uznałam za nadzwyczaj nieudaną i wyłączyłam ją czym prędzej (dodam tylko, że teraz nawet mi się podoba). Następny zespół - 30STM. Pierwszą piosenką, która mi się wyświetliła była This is war (której słucham w tym momencie). Po raz kolejny - brak mi słów. Głos wokalisty był czysty, mocny, piękny. Piosenkę włączyłam raz jeszcze. I kolejny. Sprawdziłam zespół w Wikipedii. Gdy dowiedziałam się, że mężczyzną o tym idealnym głosie jest Jared Leto... Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie. Byłam w szoku. Poważnie. Uznałam, że to nie jest przypadek i chyba musi być coś na rzeczy. Chwilę później obejrzałam Closer to the edge, razem z teledyskiem. Moje umiejętności językowe były - niepokornie mówiąc - na dobrym poziomie jak na mój wiek (miałam wówczas 12 lat). Pierwsze dźwięki - wypowiedzi ludzi.

"Jest wiele momentów, którymi możesz dzielić się z kimkolwiek, kimś. I czujesz, że ten moment będzie trwał wiecznie, podczas gdy to jest tylko noc, tylko moment"

"Los ma swoje podstępne sposoby rzucania ci czegoś, czego nigdy się nie spodziewałeś"

"Moją filozofią w życiu jest nie żałowanie niczego, co robisz, bo w końcu to czyni cię tym, kim jesteś"


Niesamowicie mądre słowa ludzi w różnym wieku, kilka pojawia się też w późniejszych częściach piosenki. Podobne mądrości, przejrzystość i sens znalazłam też w innych utworach.

Kadr z teledysku do piosenki "This is war", 2009r.



Słuchałam zespołu przez ponad dwa lata, później mój gust muzyczny zmienił się na muzykę core'ową. O braciach Leto, o Tomo, wszystkich tych niesamowitych emocjach w końcu zapomniałam.
 Nastał więc okres emocji negatywnych, ściskających od środka, destrukcyjnych i buntowniczych. Aż do pewnego kulminacyjnego momentu.

Był to już rok 2013, gdy w moim życiu działo się naprawdę wiele. Mimo rad wielu ludzi, wiedziałam, że ze wszystkim muszę poradzić sobie sama, tylko ja mogę coś zmienić. Pierwszym postanowieniem była zmiana nastawienia. Do wszystkiego. Ludzi, sztuki, życia, emocji. Potrzebna mi była odskocznia.
Wtedy właśnie przypomniałam sobie o 30 Seconds to Mars. Jared przewijał się u mnie jeszcze w trakcie tych "pustych" trzech lat, poznałam wtedy naprawdę dobre filmy z jego udziałem.
Wtedy pierwszą wyświetlaną piosenką była Do or die. Dowiedziałam się wtedy o nowym albumie, nowym wyglądzie Jareda. Teksty piosenek tej, wszystkich nowych i poprzednich, pozwoliły mi dostrzec coś więcej, obudzić dawne emocje, przypomnieć dawne czasy. Może brzmi to bardzo banalnie, ale takie nie jest.

Trudno mi pisać o tym coś więcej, zawsze w tak ważnych kwestiach brakuje mi słów. Myślę, że dobrym podsumowaniem będzie po prostu stwierdzenie, że gdybym nie poznała nigdy Jareda Leto, nigdy nie zainteresowałabym się specjalnie jego zespołem (bo nie widziałabym zabawnego zbiegu okoliczności) i nie przypomniałabym sobie o nim w odpowiednim momencie.
Zaryzykuję jeszcze ściślejszym i mocniejszym - Jared Leto uratował mi życie.

Jared Leto, 2013 r.

Filmy z udziałem Jareda Leto wraz z moją oceną na stronie serwisu Filmweb:
  • Przerwana lekcja muzyki  8/10
  • Requiem dla snu 9/10
  • American Psycho 7/10
  • Azyl 5/10
  • Mr. Nobody 8/10
  • Witaj w klubie 9/10

środa, 21 października 2015

Retrospekcje - Combat girls. Krew i honor

    Zanim pojawi się recenzja książki, która znajduje się w moich październikowych planach czytelniczych (klik!), wrócę do pewnego filmu, o którym tu nie pisałam, bo ani nie znajduje się w moim "top 5", ani nie oglądałam go szczególnie niedawno. Pomyślałam jednak, że jest to jedyny w swym rodzaju film, jaki zobaczyłam.

  Nie jest to film na poziomie "Niezniszczalnych", czy "Whiplash", który trzyma w napięciu przez cały czas, wbija w fotel i nie pozwala opuścić choć sekundy. Nie. "Combat girls. Krew i honor" mówi o Marisie, która obraza się w neonazistowskim gronie, gdzie nienawiść, brutalność i alkohol stanowią epicentrum życia. Po pewnym czasie domyślamy się, że ogromny wpływ ma na nią jej chłopak, Sandro, dla którego wzorem stał się Hitler - Żydzi, ciemnoskórzy i "odmieńcy" nie są ludźmi. Nie mają prawa życia. Mają je tylko Niemcy.
Kiedy do gangu przyłącza się Svenja, a w mieście pojawia się Rasul, Marisia zaczyna dostrzegać, że patrzeć na świat można inaczej, że agresja nie ratuje świata. Nie jest to oczywiście powodem zadowolenia dla Sandra.

Film, jak już wspomniałam, nie jest stworzony wzorcowo, nie grają w nim aktorzy najwyższej klasy, nie ma zaskakującego zakończenia, ale to nic. Pokazuje on, że przeszłość dalej pozostawia po sobie ślady i będzie tak jeszcze przez długi czas, że są na świecie środowiska niosące zagrożenie, mimo mylnym przekonaniom, że Hitler nie żyje, więc nazizmu nie ma. Ale - co najważniejsze - że zawsze jest szansa, by zmienić swoje życie.


środa, 14 października 2015

#1 Recenzja na gorąco | Hotel Transylwania 2

"Wpuściłeś ludzi do hotelu. Ale nie do swego serca."

Co się stanie, jeśli wnuk wampira okaże się być... człowiekiem?  

  Córka Draculi - Mavis - zostaje wampirzą mamą. Jak się jednak okazuje, nawet po prawie czterech latach Dennis nie potrafi zmienić się w nietoperza, nie umie latać, a nawet... nie ma kłów. Jego dziadek nie potrafi się z tym pogodzić i postanawia zabrać go na obóz, w którym jako dziecko wychował się na prawdziwego krwiopijcę. Jest jeden mały problem... Nie wie o tym sama Mavis.


 Ach, dalej trzymają się mnie dziecinne emocje po obejrzeniu tego filmu. Naprawdę - śmiałam się jak reszta dzieci w sali kinowej. Humor filmu prześwietny. Trudno mi nawet "Transylwanię" opisać. Tę bajkę trzeba po prostu obejrzeć. Zabawna historia, urocze postacie, bawiłam się wybornie.
Jednak dużym dla mnie minusem było ciągłe i usilne wciskanie nowoczesności. Bo oprócz tego, że bajka uczy, to jeszcze poniekąd pokazuje, że w dzisiejszych czasach nawet wampiry mają Facebooka, a każde wideo "leci na Youtube". U mnie to wzbudzało ten nieprzyjemny rodzaj dreszczy, podobnie jak przesadzony miejscami humor, który nie jest odpowiedni dla dzieci w wieku, powiedzmy, dziewięciu/dziesięciu lat.

  Nie widzę sensu w przedłużaniu moich emocji, lepiej wyrazi to moje porównanie.

Plusy:
+ ciekawie skonstruowana historia
+ co w bajce ważne - uczy tolerancji, przyjaźni, miłości
+ poczułam się jak dziecko, bawiłam się naprawdę dobrze
+ bardzo dobry dubbing, razem z grą słów i świetnie skonstruowanymi żartami

Minusy: 
- no cóż, chwilami niedopasowany do młodszych odbiorców humor
- za duża "presja" wywierana na tych, co na technologię są jeszcze lekko za mali

Dodatkowe uwagi:
- film jak najbardziej zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, prawdy w nim zawarte są jak najbardziej uniwersalne
- fanem dubbingów nie jestem, jednak ten cenię bardzo, wyszedł znakomicie

Moja ocena:
8/10

czwartek, 27 sierpnia 2015

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

    Dawno już nie było recenzji, więc oto jest! "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Sam tytuł wskazuje na to, że film jest komedią. Zapraszam więc do mojego kutuSarnego świata na recenzję tej niesamowicie dziwnej komedii.

tytuł polski: "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął"


tytuł oryginalny: "Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann" (taaaak, szwedzki)


reżyseria: Felix Herngren

gatunek: czarne komedia, przygodowy

czas trwania: 1h 54min

Informacje oraz plakat zdobyte z portalu FILMWEB

    Allan Karlsson kończy sto lat. Gdy pielęgniarki z domu opieki (w którym przebywa) przygotowują mu wyjątkowy (tylko bez marcepanu!) tort, ten... Wyskakuje przez okno! Na szczęście mieszkał na parterze, nie ma się o co martwić. Nie wiedział, dokąd iść, przez przypadek kradnie walizkę pełną pieniędzy, przez co ma do czynienia z gangiem, potem - równie przypadkowo - zdobywa przyjaciela, potem drugiego, znajduje szczęście i dowiaduje się, że mimo swego wieku może zacząć żyć od nowa. Podczas czasu teraźniejszego mamy do czynienia ze wspomnieniami i retrospekcjami z życia Allana. A to wcale nie było takie nudne.
   
    Film jest ekranizacją książki, której - prawdę mówiąc - nie czytałam. I nie słyszałam o niej do czasu czytania recenzji dotyczących tego filmu. Nie będę więc wypowiadać się z perspektywy kogoś, kto książkę czytał. To i dobrze. Nie uważam, by jakiś większy sens miało przyrównywanie filmu do książki. Rozumiem, że to przecież ekranizacja, ale... Jeśli nie lubimy filmów - nie oglądajmy ich. Wolimy książki - czytamy książki. Nie da się idealnie odwzorować papierowej wersji opowieści i tego się trzymajmy. Na film idziemy dla filmu, dla książki czytamy książkę. To przecież proste.

    Tyle gwoli wyjaśnienia wątpliwości i narzekań dotyczących faktu ekranizacji. Pora na moją opinię. A ta jest naprawdę dobra. Ktoś może w filie dostrzec dziwny i z pozoru nieśmieszny humor. Ale przecież idąc na czarną komedię nie można liczyć na coś pokroju "Projektu X". Czarne komedie nie są dla każdego, nie każdy zrozumie i polubi tego typu poczucie humoru. Trudno. Ja jestem z tych, którym się ono podoba. Dlatego film jak najbardziej mi się podobał. Może nie był w pełni doskonały, dostrzec tam było można pewne niedociągnięcia, co nie umniejszało szczególnie wartości filmu. Bo ta w mojej opinii jest dobrze widoczna. Film daje nam do zrozumienia, że życie można zmienić w każdym momencie jego trwania. Bo to nie liczba świadczy o realnym wieku człowieka, a to, ile jest w stanie zrobić, ile zrozumieć. Gdy przebywamy z przyjaciółmi wszystko staje się prostsze, we wszystkim zaczynamy dostrzegać większy sens, a może nawet... Jakikolwiek sens.


Plusy:
+ film jest zabawny
+ zawiera wartości uniwersalne i ważne (miłość, przyjaźń, sens życia)
+ dobrze wplecione retrospekcje

Minusy: 
- fabuła czasem się... ciągnie

Dodatkowe uwagi:
- film na podstawie powieści Jonasa Jonassona o tym samym tytule
- film jest czarną komedią, nie każdy zrozumie zawarty w nim humor

Moja ocena:
8/10

czwartek, 6 sierpnia 2015

Exodus: Bogowie i królowie RECENZJA

    Film skończyłam oglądać mniej więcej trzy minuty temu. Włączył go nam narzeczony mojej siostry, opis wydawał się bardzo ciekawy, a reżyser przekonał mnie do końca.. Ridley Scott - to chyba każdemu coś mówi, nawet mnie - zawziętej wielbicielce dramatów nic nie mających wspólnego z historią ni Biblią. Moja siostra także dała się namówić, bo to przecież temat biblijny. Po obejrzeniu stwierdzam, że to było coś w stylu "Biblia v2". No, ale po kolei. O ile muzyka była przeepicka, genialna i brak mi więcej słów (wielkie brawa i pokłony dla Alberto Iglesiasa), samo wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. I nie mówię tu wcale o aktorach czy zdjęciach, bo te były na naprawdę dobrym poziomie (pomijając fakt, że NIESTETY oglądałam film z dubbingiem, to było coś strasznego), a o "efektach specjalnych", czyli komputerowych dziwactwach, które wyglądały często niestety sztucznie i mijały się z wszelkimi prawami fizyki. Przykład? Krew rozszerzająca się w kierunku przeciwnym od prądu wody, sztandary wiejące mimo przeciwnemu kierunkowi wiatru. Ogólnie twórcy postanowili na rebelię i opieranie się działaniom nauki. No, w końcu mamy do czynienia z wiarą.
    Nie chcę zdradzać fabuły filmu, bo byłoby to niesprawiedliwe, ale przecież parę słów muszę napisać. Film opowiada o Mojżeszu, części jego życia. Tej części, w której jest już dojrzałym mężczyzną i powoli poznaje Boga i jego wolę, która z czasem staje się i jego [Mojżesza] wolą. Na tronie zasiada jego brat, który dowiaduje się, że Mojżesz wcale nie jest z nim spokrewniony. To wiele zmienia, gdyż władca postanawia go wygnać. Gdy po wielu naprawdę dziwnych (dla kogoś, kto czytał Biblię i wie o naszym proroku wiele, czyli NIEwiele) scenach z życia wybawcy hebrajczyków na Egipt spadają plagi, a faraon wciąż robi swemu przyrodniemu bratu na złość, w końcu ludowi niewolniczemu udaje się uciec. Nasz ulubiony Ramzes dalej pragnie śmierci brata, co w zastanawiający sposób przypomina podwórkowe bitwy na drewniane miecze pięcioletnich bliźniaków.
    Film jednakowoż polecam dla każdego, nawet tych, którzy jak ja nie interesują się filmami historycznymi (bo w takim klimacie jest bądź co bądź ten film utrzymany). No, może poza tymi zwracającymi uwagę na szczegóły. Mnie podobała się taka koncepcja - dodatkowe (pozabilijne) informacje o Mojżeszu, dodanie czegoś od siebie. Ogromnie byłam zadowolona i usatysfakcjonowania ukazaniem Boga jako małego dziecka. Pomogło to uniknąć dziwnego efektu, który daje gadający krzew albo głos sponad chmur. Ciekawy, oryginalny pomysł na wybrnięcie z sytuacji, dodatkowo uatrakcyjniający stylistykę filmu.

Plusy:
+ koncepcja Boga jako dziecka
+ dodatkowe informacje o Mojżeszu
+ Muzyka
+ gra aktorska

Minusy:
- sztuczne i opierające się prawom nauki efekty komputerowe
- często dłużąca się niemiłosiernie fabuła
- polski dubbing
- niezrozumiałe wydarzenia podczas przeprawy przez Morze Czerwone

Dodatkowe uwagi:
- zmieniona została koncepcja biblijna
- polecam oglądać w wersji oryginalnej, ew. z polskimi napisami

Moja ocena:
7/10