http://kultusarnie.blogspot.com/http://kultusarnie.blogspot.com/p/o-mnie.html


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja na gorąco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja na gorąco. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 grudnia 2016

#6 Recenzja na gorąco | Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

 Hej, hej, filmoholicy!
Zanim przejdę do właściwej części (właśnie uderzyłam łokciem w parapet, aua), muszę nadmienić, że recenzji tej przypadł zaszczyt bycia moim setnym postem na blogu! Tak, wiem, nie ma czym się chwalić - sto postów na 485 (policzyłam!) dni to nie jakiś ogromny wynik, ale biorąc pod uwagę to, co dzieje się u mnie ostatnio, to nie jest źle! Koniec przechwałek, włączam moją playlistę na Tidalu i zabieram się za składanie notatek z kina w coś, co można nazwać recenzją.

  
Próbuję właśnie rozczytać, co nabazgrałam z tyłu scenariusza i mało z tego rozumiem. Na szczęście gdy się coś notuje, zostaje na dłużej w głowie, więc istnieje spora szansa, że napiszę to, co naprawdę przychodziło mi do głowy podczas seansu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio dokonałam tak dużego "riserczu". Ciągle zdawało mi się, że już tego aktora już widziałam, skądś kojarzę tego kompozytora, zdjęcia jakieś znajome. A co zabawniejsze, to większości aktorów nie widziałam wcześniej nigdzie, muzyka należy do kogoś innego, tylko ze zdjęciami mi się udało. Takie życie.





Film opowiada historię Stephena Hawkinga Newta Skamandera, który z Londynu wyrusza do Nowego Jorku w poszukiwaniu prezentu. Prezentem tym ma być nic innego, jak kolejne zwierzę do jego kolekcji. Do miasta przybywa jednak w mało odpowiednim momencie, bo zbliża się wojna z Niemcami, a w dodatku rośnie ekspozycja na magię, bo Nowy Jork nęka dziwna, magiczna czarna chmura niszcząca wszystko na swojej drodze. W dodatku w Stanach wciąż panuje zakaz hodowania i posiadania fantastycznych zwierząt. To może oznaczać tylko kłopoty, tym bardziej, że cel podróży niekoniecznie jest taki, jak Newt z początku twierdzi.


Warto zaznaczyć, że nie jest to film wyłącznie dla zagorzałych fanów uniwersum Harrego Pottera, ale i dla takich, co główne filmy obejrzeli "bo każdy oglądał", jak i dla tych, co nie obejrzeli ich nigdy. Bo w całych Fantastycznych zwierzętach odwołania do serii są dwa. I to mało znaczące, bo padają dwa nazwiska, których nieznajomość nie równa się nic. I to jest chyba najlepsze - reżyser odcina się od całej reszty pamiętając, że TE wydarzenia rozegrały się PRZED Harrym Potterem.


O, właśnie! Jeśli oglądaliście HP, to zauważyliście, że  czwarta część poważnie różni się od poprzednich? Jest bardziej dorosła, mroczna. I to nie tylko dlatego, że dorośli i bohaterowie. Ja też zauważyłam. Reżyser części od 4-7 to David Yates, ten, który wyreżyserował Fantastyczne zwierzęta właśnie! Tym samym spodziewajcie się świata innego niż ten beztroski z pierwszych trzech lat w Hogwarcie. Tutaj czeka was tajemnica, zwroty akcji, przeplatające się wątki i prawdziwe, dorosłe życie czarodziejów. O ile Harry Potter z założenia był filmem dla dzieci, tutaj tego nie ma. Spodoba się i młodszym, ale to już nie to samo, co pamiętacie sprzed kilku, kilkunastu lat.


Nie ma sensu rozpisywać się o aktorach, bo do wszystkich pasuje jedno określenie: dobra obsada.
Jedynie Redmayne to dla mnie już zawsze będzie Hawking, którego brytyjski akcent doprowadza mnie do szału, jest taki bardzo... brytyjski! I ciągle ma tą samą minę, pokazując jeden tylko profil. To całkiem urocze.

Nie poprzestańmy jednak na laurach. Jak zapisałam na swojej kartce: CGI leży i błaga o profesjonalistę. Z biegiem czasu robi się lepiej, ale efekty komputerowe sprawiały, że bolała mnie głowa. Dalej - wracając do aktorów - należy wspomnieć, że wzbudzają ciekawość, mają potencjał do rozwinięcia, ale... jeszcze nie teraz. Musze ufać głosom w swojej głowie, że to dopiero pierwsza część, wszystko się jeszcze wyjaśni, bohaterowie dostaną swój własny, charakterystyczny rys i swoją historię. Bo póki co jest z tym słabo. Da się ich lubić, ale postaci nie są jeszcze skończone. Liczę na rozwinięcie wątku Credence'a, bo w nim drzemie chyba największy potencjał.

Moja ocena: 7/10

Jeśli więc ciekawią was losy dziwaka wyrzuconego z Hogwartu, który postanawia ratować fantastyczne zwierzęta, wybierzcie się do kina koniecznie. Jeśli nie - i tak kupcie bilety, a obiecuję wam, że nie będą to źle wydane pieniądze.
Hejka!

P.S. Asia, wiem, że to czytasz. Masz obejrzeć Władcę pierścieni jeszcze w tym roku, bo inaczej sobie pogadamy. Tak, to groźba.

sobota, 1 października 2016

#5 Recenzja na gorąco | Ostatnia rodzina

   Hej, hej filmoholicy!
Ostatnio trochę u mnie filmowo, a to dlatego, że w kinie jestem dwa razy w tygodniu, a dwadzieścia stron książki czytam ponad miesiąc. Musicie z tym jakoś żyć, ale jakież piękne to życie czytać o kinie, prawda?
Dziś wyjątkowo mam przed sobą magazyn Kino, który zawiera i recenzję filmu, i wywiad ze scenarzystą. Będę wam sypać cytatami, bo po co mam pisać coś nieudolnymi słowami, skoro ktoś zrobił to bardzo dobrze.


Ostatnia rodzina to film niesamowity. Niesamowity nie tylko dlatego, że duma człowieka rozpiera, bo to w końcu polski film - nie wojenny, nie komedia romantyczna. Traktuje bowiem o niesamowitej rodzinie, o której powinniśmy słyszeć przecież nie raz w swoim życiu. Zdzisław Beksiński - genialny malarz i grafik, jego syn - cierpiący na swego rodzaju osobowość z pogranicza tłumacz filmowy i dziennikarz radiowy, no i w końcu Zofia - kobieta, z którą najłatwiej się utożsamić, silna i anielsko spokojna matka i żona. Kreacje postaci na najwyższym poziomie - autentyczność, patos i dramat.


Niskie ukłony dla scenarzysty - Roberta Bolesty, bo dialogi to coś, co przebijało się z całego filmu chyba najmocniej, bo nie uwierzycie w ich wiarygodność. Czułam się, jakbym oglądała rzeczywiste nagrania samego Zdzisława kręcone piękną kamerą Panasonic.
Film Matuszyńskiego [...] traktuje o znikaniu. Dla widza może byś szokujące i trudne to, jak bardzo pogodzeni ze śmiercią są bohaterowie. Pozostają jednak tyleż makabryczni, co zwyczajni i tyleż patetyczni, co pełni poczucia humoru.
Kto spodziewał się biografii samego Zdzisława Beksińskiego i fokusu na jego twórczość, może się zawieść. Jak sam tytuł bowiem wskazuje, jest to film o całej rodzinie, która została ukazana jako całość składająca się z poszczególnych jednostek, każda z własnym charakterem, własną historią, własnym spojrzeniem na świat. Jak jednak autor recenzji z Kina (Adam Kruk) zauważył, dominującą rolę odgrywali mężczyźni, od których zachcianek zależało wszystko - realia rodzinne, nawet śmierć.Mimo wszystko to postać kobieca wydaje się być ze wszystkich najsilniejsza: przyjmuje ze spokojem i pokorą wszystkie przeciwności losu, prawie nie zdradzając bólu, który musi w końcu czuć.

Matuszyński prowadzi akcję chronologicznie przez dekady, ale nie poświęca uwagi przełomowym wydarzeniom. Nie zobaczymy ani stanu wojennego, ani Okrągłego Stołu czy akcesji do NATO. Życie Beksińskich toczy się gdzie indziej, zaklęte wpkół sztuki ojca, muzyki puszczanej przez syna, dwóch babć, które uporczywie nie chcą umrzeć. Blokowisko to mikroświat [...] Znaki czasu czytać można tu głównie dzięki rewelacyjnej scenografii Jagny Janickiej i kostiumom Emilii Czartoryskiej.
Co w filmie jest świetne, mogłabym wymieniać i wymieniać. Dobre jest tu wszystko: oświetlenie (majstersztyk), DIALOGI, aktorzy, scenografia, kostiumy, no i oczywiście muzyka. Muzyka, która pasuje jak ulał, mimo że jest tak różnorodna. Małżeństwo słucha muzyki klasycznej,ich syn rocka i disco. Mamy więc muzyczny portret naszej niejednorodnej przecież rodziny. Ostatniej rodziny.


Zawsze czuję się przy recenzji takich filmów niekompetentna, bardziej niż przy krytyce. Chwalę ten film, ale co mogą znaczyć moje słowa?
Po prostu idźcie do kina i obejrzyjcie Ostatnią rodzinę. Bo warto - jeśli kino to wasz drugi dom i gdy z kinem musicie się polubić od nowa. To piękny początek filmoholickiej przygody. Bo czy może być coś lepszego niż polski film i takiej rodzinie? 


środa, 24 sierpnia 2016

#3 Recenzja na gorąco | Jak zostać kotem

  Z komediami tak już jest. Mają bawić, dostarczać rozrywki. To czasem wystarczy, nawet, gdy realizacja stoi na poziomie tylko akceptowalnym.

  
Widząc pierwszy plakat filmu nie mogłam doczekać się, gdy zobaczę na ekranie kota mówiącego głosem Kevina Spacey, a zamiast niego zmuszona byłam słuchać... Kota. Tomasza Kota. To zabawne, wyobraźcie sobie - Prezydent Stanów Zjednoczonych, elegancki człowiek z poważnym, donośnym (i boskim), dostaje głos polskiego aktora średnich lotów, którego głos kojarzy się z reklamami T-Mobile (mam timobaaaaajl). A skoro przy polskim dubbingu jesteśmy, to wiecie, co było najgorsze? Miauczenie kota! Postprodukcja musiała wyglądać tak: 1) Mamy kota 2) Mamy miauczenie kota ściągnięte z jutuba 3) Mamy program do montowania, więc wstawiamy głos do obrazu 4) Dostosowujemy dźwięk, by brzmiał realnie. No mniej więcej te trzy kroki wszystko pokazują.

Najlepsza scena filmu, zdecydowanie!

Kojarzycie kotełka z Alicji w Krainie Czarów? Ten Puszek Spacey ogromnie mi go przypominał. A to dlatego, że wygenerowany komputerowo kot wyglądał... no, tak jak na zdjęciu:


Lecz, jak napisałam na początku, nie to jest w filmach tego typu najważniejsze. Zauważmy, że film jest dedykowany młodszej publiczności, która nie zwraca uwagi na rzeczy typowo... techniczne. Film ma być śmieszny, z morałem, czasem wzruszający. A taki był właśnie "Jak zostać kotem". Uważam więc, że jedt to film godny polecenia, mimo wszystko oceniam go na 6/10. Nie mogę bowiem dawać oceny wyższej, która przysługuje innym, lepiej wykonanym filmom. Bo ja zwykłym widzem nie jestem, ale bawiłam się świetnie, nie pamiętam, kiedy ostatnio śmiałam się najgłośniej w całej sali!



sobota, 21 maja 2016

#2 Recenzja na gorąco | Captain America: Civil War


  Tej recenzji nie miało być. Ale jednak się pojawia. Dlaczego? Poczułam potrzebę opowiedzenia o tym, że nie zgadzam się (znowu) z tymi, co się na tym znają. Ale żadna to nowość, jestem jakimś odmieńcem.

  
W sumie to nigdy nie oglądałam z jakiś większym zainteresowaniem Marvela. Co najwyżej Spidermana, ale to widział chyba każdy. Poszłam po prostu z moim bratem. Kiedy dowiedziałam się, że nie prześlizgnę się przez fabułę jak to było w przypadku Gwiezdnych Wojen, postanowiłam co nie co nadrobić. Ale nie zdążyłam wszystkiego. Od razu zaznaczę, że fabułę mimo wszystko ogarnęłam, ale tylko dzięki nadrabianiu, więc dzięki wielkie Wiki 2!

  
Nie będę się za bardzo rozpisywać o fabule, bo opis jest dostępny wszędzie. Napiszę tylko po krótce, bo pod koniec będę was namawiać do obejrzenia, więc przekonacie się sami.
Zaznaczę, że mimo mojej ogromnie małej (hm) znajomości uniwersum, uważam, że Marvel czyni spore postępy. Bo o ile w poprzednich filmach można się było czepiać o przesadny przepych, tak w Wojnie Domowej (nie, nie bohaterów; nie słuchajcie tłumaczy, to źli ludzie) wszystko było wyważone i nawet lekko ukrócony zabawny sarkazm Iron mana nie stracił na wartości. Dalej był prześmieszny, ale i spoważniał nieco, zrozumiał wiele rzeczy. Myślę więc, że ci, co są na bieżąco, odczuwają to, że bohater dorasta wraz z nimi. Bo Marvel to przecież piękne historie o walce dobra ze złem, gdzie to pierwsze zawsze jest górą. Pomyślisz tandeta i nuda, ja odpowiem - nie. Temat powielany wszędzie, ale dalej bardzo potrzebny. A superbohaterowie o wielkich mocach jak nikt przekażą to, co trzeba - nie tylko młodszym odbiorcom. Ale koniec o tych morałach.

  
Muszę napisać jeszcze coś - Spiderman to mistrzostwo! Uśmiałam się jak nie pamiętam kiedy, serio! Rozwala system i wraz z bratem jeszcze po wyjściu z kina śmieliśmy się w głos!
Oczywiście od początku byliśmy #teamcap, ale rozumiałam i Iron mana, nawet w końcówce. Było mi go szkoda i czułam cały ten ból razem z nim, ale Kapitanowi kibicowałam oczywiście bardziej (bogowie, jaki on jest przystojny!).

  
 [MOŻLIWE SPOJLERY]

No i meritum: czemu się nie zgadzam? Szarym zjadaczem popcornu nie jestem, ale i nie krytykiem filmowym. Nie zgadzam się z jednym głównym zarzutem: cała ta ich "wojna" to była zwykła zabawa, dziecinne igraszki i przekomarzanki. No bo błagam, mieli się pozabijać? Sądzę, że te "łagodne" zagrywki były celowe. Cokolwiek się nie stało, oni są przyjaciółmi. Nie chodziło o to, by drugiego unicestwić, a pokazać swoją wyższość. Nie chcieli zrobić sobie krzywdy, a jedynie wzajemnie przekonać do jedynej - według nich - słusznej decyzji. I to tyle.

Nie piszę więcej, bo - ostrzegałam - powinniście zobaczyć to sami. Nie jestem wielką fanką Marvela, nie miałam pojęcia kto co gdzie i jak, ale uważam, że Civil War obejrzeć warto. Nawet jeśli miałoby to wymagać poświęcenia całej nocy na nadrobienie kilku części.


środa, 14 października 2015

#1 Recenzja na gorąco | Hotel Transylwania 2

"Wpuściłeś ludzi do hotelu. Ale nie do swego serca."

Co się stanie, jeśli wnuk wampira okaże się być... człowiekiem?  

  Córka Draculi - Mavis - zostaje wampirzą mamą. Jak się jednak okazuje, nawet po prawie czterech latach Dennis nie potrafi zmienić się w nietoperza, nie umie latać, a nawet... nie ma kłów. Jego dziadek nie potrafi się z tym pogodzić i postanawia zabrać go na obóz, w którym jako dziecko wychował się na prawdziwego krwiopijcę. Jest jeden mały problem... Nie wie o tym sama Mavis.


 Ach, dalej trzymają się mnie dziecinne emocje po obejrzeniu tego filmu. Naprawdę - śmiałam się jak reszta dzieci w sali kinowej. Humor filmu prześwietny. Trudno mi nawet "Transylwanię" opisać. Tę bajkę trzeba po prostu obejrzeć. Zabawna historia, urocze postacie, bawiłam się wybornie.
Jednak dużym dla mnie minusem było ciągłe i usilne wciskanie nowoczesności. Bo oprócz tego, że bajka uczy, to jeszcze poniekąd pokazuje, że w dzisiejszych czasach nawet wampiry mają Facebooka, a każde wideo "leci na Youtube". U mnie to wzbudzało ten nieprzyjemny rodzaj dreszczy, podobnie jak przesadzony miejscami humor, który nie jest odpowiedni dla dzieci w wieku, powiedzmy, dziewięciu/dziesięciu lat.

  Nie widzę sensu w przedłużaniu moich emocji, lepiej wyrazi to moje porównanie.

Plusy:
+ ciekawie skonstruowana historia
+ co w bajce ważne - uczy tolerancji, przyjaźni, miłości
+ poczułam się jak dziecko, bawiłam się naprawdę dobrze
+ bardzo dobry dubbing, razem z grą słów i świetnie skonstruowanymi żartami

Minusy: 
- no cóż, chwilami niedopasowany do młodszych odbiorców humor
- za duża "presja" wywierana na tych, co na technologię są jeszcze lekko za mali

Dodatkowe uwagi:
- film jak najbardziej zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, prawdy w nim zawarte są jak najbardziej uniwersalne
- fanem dubbingów nie jestem, jednak ten cenię bardzo, wyszedł znakomicie

Moja ocena:
8/10