http://kultusarnie.blogspot.com/http://kultusarnie.blogspot.com/p/o-mnie.html


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lutego 2017

Coś kłuje mnie w serce, czyli "Zabić drozda" Harper Lee

  Hej, hej książkoholicy! Dawnośmy się nie widzieli, co? Właściwie wczorajszy post pisałam dzisiaj, ale skoro mam czas to wolę nadrobić. Tym razem genialny Nightwish w tle, co daje mi siły do działania. Ach, te gitary!

Zabić drozda to kolejna książka z rasizmem Ameryki XX wieku w tle. Po książkach i filmach takich jak Sekretne życie pszczół czy Służące przekonałam się, że ten temat mnie niezwykle interesuje. Zbierałam się, zbierałam, aż się zebrałam po poście Marty z bloga Między wierszami. "Teraz albo nigdy", pomyślałam i zabrałam się za czytanie. Trafiło akurat na mój czytelniczy zastój, ale jednej nocy przeczytałam ponad połowę książki, a to coś znaczy. Bo wiecie, mało rzeczy jest ważniejszych od snu. No, może jedzenie. Iii koty, I filmy. I seriale. I dobre książki... No okej, sporo tego. NIEWAŻNE. Przeczytałam w miarę szybko, musiałam sobie radzić z zawrotami głowy  w samolocie i czytanie okazało się świetnym lekiem. Tylko nie mogłam się skupić... Teraz chyba też nie mogę bo piszę od rzeczy. To teraz DO rzeczy.

 

Akcja rozgrywa się w południowoamerykańskim hrabstwie Maycomb, w latach 30 XX wieku. Tam, w domu Atticusa Fincha, skromne, lecz szczęśliwe życie prowadzi rodzina, której głową jest Atticus właśnie - ceniony adwokat. Jego dzieci, Jem i Jean, zwana Skautem, są typowymi dziećmi - bawią się godzinami w ogrodzie, próbując odkryć tajemnicę mrocznego domu Radleyów. Wszystko jednak zmienia się, gdy ich ojciec postanawia bronić w sądzie młodego Murzyna, który posądzony został o zgwałcenie białej dziewczyny.
Wolałbym, żebyś strzelał do puszek na podwórzu, ale wiem, że będziesz chciał celować do ptaków. Strąć tyle sójek, ile dusza zapragnie, jeśli uda ci się trafić, ale pamiętaj, że grzechem jest zabić drozda
Historia opowiedziana jest narracją pierwszoosobową, prowadzoną przed Skauta. Pierwsza część książki to beztroskie zabawy dzieci, coś jak amerykańskie Bullerbyn. Może dlatego od razu na sercu robi się ciepło, gdy czytamy o wybrykach dzieci pana Fincha. Jednak to dopiero cisza przed burzą.

Wiecie, co porusza w tej książce najbardziej? Jean opowiada historię z perspektywy starszej, być może dorosłej już, kobiety. Mimo to udaje się zachować w opowieści tę dziecinną naiwność i czystość. Już jako dzieci Jem i Skaut muszą nauczyć się, że istnieją źli ludzie. Że świat, w którym każdy okazuje się być kimś zupełnie innym, nie jest sprawiedliwy.
Trudno jest im bowiem zrozumieć, że człowiek, za którego niewinnością przemawiają wszelkie dowody, ma utrudnione życie tylko dlatego, że ma ciemny kolor skóry. Bo słowo białego ma większą wagę, niż jakiekolwiek inne.
Ludzkie sumienie jest jedną z tych rzeczy, które nie poddaje się decyzjom większości
 Bo jest to historia o dorastaniu, poznawaniu niesprawiedliwości świata, rasizmie, rodzinie i przyjaźni. Opowieść o tym, jak wielką wygraną może okazać się przegrana. Atticus dokonał czegoś wielkiego. To odciśnie swoje piętno na przyszłości, która wcale nie będzie tak kolorowa, jak chciałyby tego dzieci.

Nie nazwę tego postu recenzją. Niektórych rzeczy recenzować się nie da. Będzie to moja dyskusja ze światem.
Bo sama jestem tym naiwnym dzieciakiem, który go nie rozumie i wciąż liczy, że kiedyś będzie dobrze. Bo nieważne, ile czasu mija, świat wciąż jest tym samym światem. Bo wolę wierzyć w lepszy świat. Chyba tylko tak mogę go zmienić.
Nie, Jem, mówię ci, że istnieje tylko jedna odmiana ludzi. Ludzie.

środa, 24 sierpnia 2016

#3 Recenzja na gorąco | Jak zostać kotem

  Z komediami tak już jest. Mają bawić, dostarczać rozrywki. To czasem wystarczy, nawet, gdy realizacja stoi na poziomie tylko akceptowalnym.

  
Widząc pierwszy plakat filmu nie mogłam doczekać się, gdy zobaczę na ekranie kota mówiącego głosem Kevina Spacey, a zamiast niego zmuszona byłam słuchać... Kota. Tomasza Kota. To zabawne, wyobraźcie sobie - Prezydent Stanów Zjednoczonych, elegancki człowiek z poważnym, donośnym (i boskim), dostaje głos polskiego aktora średnich lotów, którego głos kojarzy się z reklamami T-Mobile (mam timobaaaaajl). A skoro przy polskim dubbingu jesteśmy, to wiecie, co było najgorsze? Miauczenie kota! Postprodukcja musiała wyglądać tak: 1) Mamy kota 2) Mamy miauczenie kota ściągnięte z jutuba 3) Mamy program do montowania, więc wstawiamy głos do obrazu 4) Dostosowujemy dźwięk, by brzmiał realnie. No mniej więcej te trzy kroki wszystko pokazują.

Najlepsza scena filmu, zdecydowanie!

Kojarzycie kotełka z Alicji w Krainie Czarów? Ten Puszek Spacey ogromnie mi go przypominał. A to dlatego, że wygenerowany komputerowo kot wyglądał... no, tak jak na zdjęciu:


Lecz, jak napisałam na początku, nie to jest w filmach tego typu najważniejsze. Zauważmy, że film jest dedykowany młodszej publiczności, która nie zwraca uwagi na rzeczy typowo... techniczne. Film ma być śmieszny, z morałem, czasem wzruszający. A taki był właśnie "Jak zostać kotem". Uważam więc, że jedt to film godny polecenia, mimo wszystko oceniam go na 6/10. Nie mogę bowiem dawać oceny wyższej, która przysługuje innym, lepiej wykonanym filmom. Bo ja zwykłym widzem nie jestem, ale bawiłam się świetnie, nie pamiętam, kiedy ostatnio śmiałam się najgłośniej w całej sali!



poniedziałek, 8 sierpnia 2016

RECENZJA "Suicide Squad", czyli się uśmiałam, ale nie zachwyciłam.

 Hej, hej filmoholicy!

 Dziś piszę (brawo, Sara!) o filmie, którego polski tytuł dodaję do swojej niepisanej listy najgorszych tłumaczeń (obok Podziemnego kręgu, Pół żartem, pół serio, Witaj w klubie, Wirującego seksu i innych). Za dużo recenzji w tej recenzji nie będzie, bo co ja - kompletny laik - mogę pisać o filmie akcji?  Omówię jednak kilka postaci, na które chciałabym zwrócić szczególną uwagę.

Mimo wszystko, recenzja to recenzja, więc wypada napisać o czymś poza kreacjami aktorskimi.


Zacznijmy więc do tego, że bardziej od samego filmu zachwycił mnie zwiastun. Serio. Wskazywał on na to, że w kinie wbijemy głowy w fotel, będzie wielkie bum i fajna muzyka. Bum było, owszem, co kilka minut, ale nie o to mi chodziło. DC miało okazję poprawić wizerunek po obłędnie złym Batman vs Superman, no i się nie do końca udało. Schemat wciąż pozostał ten sam, nadzieja leżała w aktorach i realizacji. Wrócę do zwiastunów. Bo o ile w późniejszych pojawiło się dużo ładnych kolorków, sam film przypominał raczej monochromatyczne ujęcia z początkowych teaserów. A szkoda, bo po pojawieniu się barw miało się nadzieję na taką odskocznię, coś innego. Wyszło jak wyszło, przynajmniej Quinn utrzymywała kolorystykę.


Od niej może zaczniemy. Harley Quinn, wierna kochanka psychopatycznego Jokera. Szalona, zwariowana i - przynajmniej dla mnie - zabójczo zabawna.Byłam bliska łez śmiechu przy każdej scenie z jej udziałem, mimo że humor całości był, co tu mówić, "suchy". Mnie to nie przeszkadza i żona Wilka z Wall Street wypadła na tle całego naszego "legionu" całkiem dobrze. Pole do popisu było, nie do końca wykorzystane, ale i tak myślałam, że będzie gorzej.


Skoro już o wariatach mowa - proszę państwa - Jared Leto, czyli filmowy Joker, którego miało być więcej! Znaczy... tak wynikało ze zwiastunów, w których było go mniej więcej tyle ile w samym filmie. Teraz mam lekkie wątpliwości co do obsadzenia w jego roli Leto... Ale, co zrobić, kto jak kto, ale on nie miał za dużo do zagrania, nie było nawet możliwości go dobrze poznać. Jeśli wierzyć znawcom komiksów, świetnie zagrał komiksowy pierwowzór, ale nie mnie to oceniać. Ja widzę po prostu bardzo przeciętną grę, a i trudno nie odnosić jej do najlepszego w tej roli Ledgera.


Jai Courtney grał! On na prawdę jest aktorem! Wiem, wiem, trudno w to uwierzyć, ale filmowy Boomerang był wielkim zaskoczeniem, bo nareszcie robił coś poza nudnym i beznamiętnym gadaniem przed kamerą. Była to postać, w którą można było uwierzyć, która dała się nawet polubić. Brawa dla tego pana, tak trzymać!


Muszę na jeden jeszcze aspekt zwrócić uwagę. A konkretniej na muzykę. Twórcy postawili na szalone i kultowe przeboje rockowe (no, nie tylko), które nijak się jednak miały do obrazu na ekranie. Miałam czasem wrażenie, że kompletnie przypadkowo dobrane utwory chyba jednak miały pasować do scen... tylko że coś nie wyszło. Tak oto scena na strzelnicy stała się hiphopowym teledyskiem. I w dodatku bardzo słabym teledyskiem.


Koniec wymądrzania się. Napisałam co sądzę (i w ogóle NAPISAŁAM), ale ocenę pozostawiam dla was. Bawiłam się dobrze, jednak nie jest to kino najwyższych lotów. Jednak, jak już wspomniałam, na akcji to ja się znam tyle, co... mój brat na balecie (czyli wcale jakby co).
Moje zdanie znacie, a jakie jest wasze? Też brakowało wam Jokera w Jokerze?
P.S. Enchantress była beznadziejna. Koniec komunikatu.

sobota, 18 czerwca 2016

D. Glukhovsky "Witajcie w Rosji" - śmiać się czy płakać?

   Hej, hej książkoholicy!
Znowu dawno mnie nie było, ale miałam powody, obiecuję! W zamian wracam ze świetną książką i dla mnie zupełnie inną - zbiorem opowiadań. I to nie takich zwykłych, o nie! Jest to kilkanaście parabolicznych opowiastek o współczesnej Rosji widzianej oczyma młodego pisarza, dziennikarza i, oczywiście, Rosjanina.

 
Książkę czytałam w drodze na Big Book Festival, czytało się ją świetnie. Poszło szybko, wciągnęła jak mało co. Na pewno miał na to wpływ format, bo każde opowiadanie jest indywidualną historią, która porusza inny temat. Wszystko jednak opiera się na głównym temacie, którym jest (uwaga, zaskoczę was) Rosja. Kraj niezrozumiały nie tylko dla nas, ale i dla samych mieszkańców. Państwo, które żyje własnym życiem, a zasady są tylko literami na kilku ważnych papierkach. Etyka? Co to takiego?
- Czyżbyście nie mogli sobie pozwolić na sumiennych robotników z Niemiec?
- Moglibyśmy, dlaczego mielibyśmy nie móc... Myśleliśmy nawet o tym. Ale oni chleją tyle piwa, wątroby mają do niczego.
Glukhovsky uogólnia, ironizuje, wyolbrzymia. Bo to jest satyra, na dodatek w klimacie sci-fi, nie można brać tego dosłownie. Nie zapominajmy jednak, że satyry to nie tylko sarkazm i żarty. To też rodzaj prawdy ukazanej w komiczny i lepiej dostępny sposób. 
[...] telewizor to okno na inny świat. Na czarodziejską krainę po drugiej stronie lustra. Wszystko jest tam bardzo, ale to bardzo podobne do tego, co u nas, tylko inne. Tam wszyscy ludzie są szczęśliwi i wszystko się wszystkim udaje. I pieniędzy wszystkim starcza.
Znajdzie się tu opowieść o dążeniu do sławy, o wartości pieniądza, o korupcji i wszechobecnej propagandzie. Ale nie tylko. Witajcie w Rosji niejako streszcza w sobie cały kraj, wyciska z niego esencję i podaje nam na papierze. Gdy uświadomimy sobie, że w sumie to autor ma rację, nie jesteśmy pewni, czy mamy się śmiać czy płakać. Bo Rosjanie to ludzie tacy jak my, tylko ukształtowani przez inny system. Ale i do nas może on trafić. Wtedy będziemy dokładnie jak oni. Przed tym właśnie Glukhovsky nas ostrzega.

  
To już moja trzecia książka tego pisarza. Idę kompletnie nie po kolei, ale robię to, czego Glukhovsky chce - poznaję jego twórczość nie tylko poprzez najpopularniejsze Metro, odkrywam świat jego oczami. Zazdroszczę mu swoją drogą tej łatwości pisania o rzeczach ważnych w tak interesujący sposób. Pod przykrywką zwykłej, nawet zabawnej historii przemyca nam wiele prawd, w dodatku jego książki to gatunkowo fantasy czy science fiction, a to już w ogóle majstersztyk. Kocham tego gościa i przeczytam wszystkie książki, które wyszły i dopiero wyjdą spod jego pióra (albo klawiatury). Nie dość, że człowiek-orkiestra, to w dodatku wszystko, czego tknie, zmienia się w dzieło sztuki.

A Ojczyzna (...) jest jak kobieta. Kochasz inną, znaczy zdradzasz tę pierwszą.
Będę się powtarzać, ale brak mi epitetów na tego człowieka i jego książki. Nieprzewidywalne i zabawne historie, prawda ukryta za każdym opowiadaniem, świetni bohaterowie i prosty, swojski język. Dodatkowe uszanowanka kieruję w stronę niesamowitego rysownika (Vasily Polovtsev - w życiu nie przeczytam i nie odmienię twego nazwiska, ale przybijam żółwika, jesteś geniuszem) i tłumacza, któremu ufam jak nikomu, że pisze, jak trzeba.

Moja ocena: 10/10 - nie jestem obiektywna co do Glukhovskiego. Ale mogę. Bo to mój blog. Pff.
Wiele słyszeliśmy o tym, że ludzkie życie jest bezcenne. Ale to nie tak - wszystko ma swoją cenę.
Geniusz, kocham go, ale zabiję, bo zrezygnował z Big Book Festiwalu.
No dobra, nie zabiję.
Bo to już chyba groźba karalna.
No więc po prostu jest mi bardzo przykro i smutno.
Przyjeżdżaj!!!

niedziela, 5 czerwca 2016

RECENZJA "Czasu żniw" - duchy, czerwony kwiat i nowa rzeczywistość

  Nie lubię, gdy nie wiem od czego zacząć. To jest zawsze najtrudniejsze. Odpalam playlistę autorki i próbuję sklecić kilka zdań.

   
  Muszę przyznać, że jest to książka niesamowicie inteligentna. Samantha Shannon od podstaw stworzyła cały świat - razem z jego polityką, prawem, mentalnością ludzi. Poza zwykłymi ludźmi, po świecie krążą też tacy, którzy mają kontakt z zaświatami. Zostali oni sklasyfikowani, autorka utworzyła [no, znaczy... Jax stworzył] diagram przedstawiający siedem klas jasnowidzenia, wraz z nazwami potocznymi, wyjaśnieniem i charakterystycznym dla każdej z nich "zachowaniem".

  
   Koniecznie zwracam uwagę na wykreowanie postaci, bo jest to majstersztyk. No aż słów podziwu brak. Są bohaterowie, których się kocha (PS. mam nowego męża; Arcturus, zabierz mnie do Magdaleny, będę wiernym sługą, obiecuję!) i nienawidzi, choć nie każdy może być tym, kim wydaje się na początku.
I tu przechodzimy do kolejnej świetnej rzeczy. Do łamania stereotypów i uczenia, że nie można nic ani nikogo oceniać po pozorach. Bo może okazać się, że największy wróg stanie się przyjacielem, a zdrajca - wybawcą. Zwroty akcji są tu bowiem czymś przemyślanym (wracamy do tezy o inteligencji książki) i naprawdę zaskakującym, czymś, czego się nie spodziewamy.
- Masz periorbital haematoma.
- Co?
- Podbite oko.
  No i ta tajemniczość. Do samego końca trzymani jesteśmy w niepewności. Podczas czytania powstaje wiele pytań, a na odpowiedzi musi przyjść właściwy moment. Dlatego nie ma co się zamartwiać, gdy na początku czujemy się zagubieni w tym całym świecie. Niedługo dowiemy się o nim więcej i będziemy bez przeszkód go przemierzać. Pomaga to w utożsamieniu się z główną bohaterką, Paige, wejściu w jej sytuację. Bowiem i ona, trafiając do Szeolu I, nie miała pojęcia, co dzieje się dookoła, póki nie zdobyła odpowiedzi na pytanie, które pomogą jej tam przetrwać.
Rozmawiamy dopiero od dziesięciu minut, Paige. Postaraj się nie wyczerpać całego swego sarkazmu na jednym wydechu.
  Kolejną część chwycę podczas tegorocznego, lipcowego BookAThonu (pierwsze zadanie - "Wakacje z duchami") i szczerze nie mogę się doczekać, bo jestem bardzo zaciekawiona, jak potoczą się dalsze losy Paige, zakończenie zdradza bowiem mało, a liczę na godne następstwo Czasu żniw.
- Niech cię piekło pochłonie.
- Ja już istnieję na poziomie piekła.
- Istniej na tym, który jest jak najdalej od mojego.

  I teraz mały komunikat do wydawnictwa SQN, które książkę w Polsce wydało.
Po pierwsze, kilka podziękowań. Bo należą się one za zachowanie oryginalnej okładki, wyjaśniające wiele posłowie, w którym tłumaczone są wszystkie zabiegi translatorskie, no i za zachowanie oryginalnego tytułu w formie pewnego rodzaju podtytułu. Wiadomo, że nic w języku polskim (mimo że piękny i prawie doskonały) nie odda oryginalnego znaczenia, więc pozostawienie go oddaje wiele angielskiej grze słownej.
Pozwolę sobie jednak zauważyć, że korektorzy zaniedbali nieco pracę, bo błędów jest co nie miara.
 Ale ponieważ oceniam książkę, nie przekład na język polski, nie może być inaczej.

Moja ocena: 8/10 - za przemyślany świat, zwroty akcji, tajemnicę i bohaterów. Ale i za to, że są książki, którym Czas żniw w mojej ocenie nie dorównuje. A muszę być sprawiedliwa.
Nadzieja to jedyna rzecz, która może jeszcze wszystkich nas ocalić.
    Dziękuję serdecznie Paulinie, która pożyczyła mi tę książkę. Swoją osobistą wersję kupię na pewno, lecz poczekam na część trzecią. Bowiem okładki mogą ulec zmianie, miejcie to na uwadze, jeśli nie macie własnego egzemplarza.

czwartek, 26 maja 2016

RECENZJA "Grimm City" Jakuba Ćwieka

Hejka! Witam was w tym pięknym, cieplutkim, długoweekendowym dniu! Jednak żeby nie było tak optymistycznie, zabieram was do ciemnego, okraszonego czarnym pyłem miasta. Miasta Grimm.
To miasto jest inne, spowite czarnym śniegiem 
  
  Powiem wam, że okładka bardzo mi się podoba, choć nie do końca jest w moim guście. To najlepiej i najładniej wydana książka Ćwieka z tych, które widziałam.
A propos autora, to moje pierwsze z nim spotkanie i to udane! Prawie czterysta stron ciemnego światka przestępczego na tle lepkiego, czarnego powietrza miasta utworzonego, według legendy, na ciele olbrzyma. To połączenie kryminału i fantastyki brzmi przesmacznie, więc ucieszyłam się mając tę książkę w swoich rękach.
I gdy wydawało się, że nic straszniejszego nie może ich spotkać, z nieba zstąpił olbrzym o czarnym sercu...
 Mamy więc prześwietną postać Alfiego, który zostaje wplątany w pewną zagadkę. Zamordowany zostaje jego przyjaciel, choć to on miał być na jego miejscu. Okazuje się jednak, że to nie jedyne jego powiązanie z tą sprawą.
Kolejną z postacie, które uwielbiam jest nie kto inny, jak McShane. Jego cięty język i humor, który do mnie - nie wiedzieć czemu - docierał idealnie, śmiałam się momentami w głos.
- Coś nie tak, inspektorze? [...]
- Coś? - odparł Evans. - Dam ci piątaka, jeśli powiesz mi, co z tym pieprzonym miastem i światem jest w porządku.
  Wracając już do samej recenzji, to nie spodziewałam się (nawet po dobrym opisie), że książkę będzie się tak łatwo i szybko czytać. Nawet mimo tego, że miałam jakiś czytelniczy zastój, gdy zaczęłam czytać, trudno było się oderwać, ale trzecia w nocy to trzecia w nocy. Kiedyś spać trzeba.
Wiecie doskonale, że uwielbiam wręcz adekwatne do postaci dostosowanie języka. Dla mnie bardzo ważne jest, żeby każda postać miała swój własny, charakterystyczny sposób mówienia. I tu rzeczywiście tak było, ale czasem pojawiały się fragmenty, w których każde zdanie było do siebie podobne, co zmuszało mnie do ziewnięcia od czasu do czasu. Ale! O ile opisy przyrody, miasta czy czego tam jeszcze, nużą okropnie, tak W Grimm City wszystko, co dzieje się dookoła - czarny pył, smoliste i tłuste powietrze, szare budynki - było opisane tak, że aż miło było czytać. Zamykasz oczy i widzisz to brzydkie miasto, czujesz ten zapach i powietrze po "efekcie wulkanu". To się Ćwiekowi udało!
Zginęli kolejni postronni świadkowie [...] Tym razem były to jednak tematy na stronę drugą, a nawet trzecią.
Tamtej nocy on, księżyc w pełni nad ponurym miastem Grimm, był najważniejszy.
Świetna gatunkowa hybryda z wyrazistymi bohaterami, dobrze przemyślanym światem i ciętym językiem Ćwieka. Czuję, że mam co nie co do nadrobienia w jego kwestii. No i czekam na kolejną część Miasta Grimm. Bo tak się książek, panie Jakubie, nie kończy!

Moja ocena: (waham się, waham) 8/10. Za miasto, za McShane'a no i wkurzającą (lecz jak napisaną!) Palle Di Neve.

*** Książkę dostałam od Wydawnictwa Sine Qua Non (jeju, zawsze automatycznie piszę skrótowcem, ale wolę pełną nazwę, dziwne). Dzięki! Ciekawe, czy bym ją przeczytała, gdyby nie wy... 

Chyba muszę zmienić czcionkę.
Prawie nie widać kursywy.
Test
Test
Nie no, trochę widać.
"Trochę" napisałam kursywą. Widać coś?

sobota, 21 maja 2016

#2 Recenzja na gorąco | Captain America: Civil War


  Tej recenzji nie miało być. Ale jednak się pojawia. Dlaczego? Poczułam potrzebę opowiedzenia o tym, że nie zgadzam się (znowu) z tymi, co się na tym znają. Ale żadna to nowość, jestem jakimś odmieńcem.

  
W sumie to nigdy nie oglądałam z jakiś większym zainteresowaniem Marvela. Co najwyżej Spidermana, ale to widział chyba każdy. Poszłam po prostu z moim bratem. Kiedy dowiedziałam się, że nie prześlizgnę się przez fabułę jak to było w przypadku Gwiezdnych Wojen, postanowiłam co nie co nadrobić. Ale nie zdążyłam wszystkiego. Od razu zaznaczę, że fabułę mimo wszystko ogarnęłam, ale tylko dzięki nadrabianiu, więc dzięki wielkie Wiki 2!

  
Nie będę się za bardzo rozpisywać o fabule, bo opis jest dostępny wszędzie. Napiszę tylko po krótce, bo pod koniec będę was namawiać do obejrzenia, więc przekonacie się sami.
Zaznaczę, że mimo mojej ogromnie małej (hm) znajomości uniwersum, uważam, że Marvel czyni spore postępy. Bo o ile w poprzednich filmach można się było czepiać o przesadny przepych, tak w Wojnie Domowej (nie, nie bohaterów; nie słuchajcie tłumaczy, to źli ludzie) wszystko było wyważone i nawet lekko ukrócony zabawny sarkazm Iron mana nie stracił na wartości. Dalej był prześmieszny, ale i spoważniał nieco, zrozumiał wiele rzeczy. Myślę więc, że ci, co są na bieżąco, odczuwają to, że bohater dorasta wraz z nimi. Bo Marvel to przecież piękne historie o walce dobra ze złem, gdzie to pierwsze zawsze jest górą. Pomyślisz tandeta i nuda, ja odpowiem - nie. Temat powielany wszędzie, ale dalej bardzo potrzebny. A superbohaterowie o wielkich mocach jak nikt przekażą to, co trzeba - nie tylko młodszym odbiorcom. Ale koniec o tych morałach.

  
Muszę napisać jeszcze coś - Spiderman to mistrzostwo! Uśmiałam się jak nie pamiętam kiedy, serio! Rozwala system i wraz z bratem jeszcze po wyjściu z kina śmieliśmy się w głos!
Oczywiście od początku byliśmy #teamcap, ale rozumiałam i Iron mana, nawet w końcówce. Było mi go szkoda i czułam cały ten ból razem z nim, ale Kapitanowi kibicowałam oczywiście bardziej (bogowie, jaki on jest przystojny!).

  
 [MOŻLIWE SPOJLERY]

No i meritum: czemu się nie zgadzam? Szarym zjadaczem popcornu nie jestem, ale i nie krytykiem filmowym. Nie zgadzam się z jednym głównym zarzutem: cała ta ich "wojna" to była zwykła zabawa, dziecinne igraszki i przekomarzanki. No bo błagam, mieli się pozabijać? Sądzę, że te "łagodne" zagrywki były celowe. Cokolwiek się nie stało, oni są przyjaciółmi. Nie chodziło o to, by drugiego unicestwić, a pokazać swoją wyższość. Nie chcieli zrobić sobie krzywdy, a jedynie wzajemnie przekonać do jedynej - według nich - słusznej decyzji. I to tyle.

Nie piszę więcej, bo - ostrzegałam - powinniście zobaczyć to sami. Nie jestem wielką fanką Marvela, nie miałam pojęcia kto co gdzie i jak, ale uważam, że Civil War obejrzeć warto. Nawet jeśli miałoby to wymagać poświęcenia całej nocy na nadrobienie kilku części.


wtorek, 17 maja 2016

RECENZJA "Metra 2033", czyli chyba mieszkamy pod ziemią

  No tak. Bo Glukhovsky przeniósł nasz świat i pod przykrywką wyolbrzymionych zachowań każe nam czytać o nas samych. W gruncie rzeczy bowiem, to nie jest płytka historyjka o mutantach, podziemnych nacjach i potworach. To opowieść o współczesnym świecie, w którym sami nie możemy być już pewni, czy nasze czasy są w końcu spokojne.

 
Są książki, które przeczytać trzeba. Ja miałam tak z tą właśnie książką i to z kilku powodów. Po pierwsze, kazał mi trener. A z trenerem sztuk walki się nie dyskutuje. Po drugie, hasło 'metro' jest  ściśle powiązane ze słowem 'fantastyka'. Tak więc oto jestem i piszę tę recenzję.
Zacznę może od tego, jaka jestem głupia. Kupiłam wydanie, w którym trzeciej części trylogii już nie znajdę. Muszę więc kupić tę samą książkę raz jeszcze (mimo że jest lepsza niż te nowe, trudno).

Przechodząc już do właściwej części recenzji, jestem trochę zmieszana. Książkę skończyłam dwa czy trzy dni temu, a emocje dalej kryją się gdzieś po kątach mojej świadomości, może nawet mojego serca. Rzecz w tym, że nie umiem tej książki ocenić. Genialny pomysł na samą fabułę, świetnie skonstruowani główni bohaterowie no i to, co lubię najbardziej, czyli morał. Morał, a właściwie nauka. Bo po całej już lekturze człowiek leży i nie wie, co ma począć. Po skończeniu Futu.re wiedziałam już, że i Metro będzie miało podobną formę. Czyli początek ciekawy, ze środkiem różnie bywa, a końcówka robi dżem z mózgu.
Największym problemem w tej książce jest ten środeczek właśnie. Bo dzieje się tam wiele, bardzo wiele, ale, kurczę, jakoś nierówno. Były momenty, gdy dosłownie przysypiałam, ale i takie, który trzymały w napięciu przez długi czas. Cała książka jest takim fazowym uwalnianiem emocji, ale jednak niektóre momenty mnie pokonały i czytałam je nie z takim zainteresowaniem, jak resztę.
Nie wiadomo, który z nich dwóch miał rację, ale uwierzyć, że każde pytanie może mieć jedną, jedynie prawdziwą odpowiedź, Artem już nie potrafił.
Podobał mi się język, bo Glukhovsky świetnie sobie poradził z różnymi nacjami, warstwami społecznymi czy po prostu poszczególnymi jednostkami. Każdy ma bowiem swój własny, charakterystyczny sposób mówienia i prowadzenia dialogów, co jest przecież częścią jego postaci. Co więc mi się nie podobało? Długaśnie psychologiczne opisy, przy których oczy się zamykają, no ale do końca się nie zamkną, bo zaraz wracamy do fazy "lepszej". O ile książka mówi o rzeczach ważnych i prawdziwych, to nie zawsze w adekwatny sposób.
- Ale przecież jeśli mają latarkę, to znaczy, że to ludzie, a nie jakieś potwory z powierzchni - zaoponował Artem.
- Nie wiadomo, co gorsze
Odbywamy więc wraz z Artemem podróż przed będące odbiciem naszego świata metro. Wydarzenia pod ziemią subtelnie przemycają polityczną sytuację w czasie, w którym żyjemy. Ciągłe wojny, taktyczne sojusze, przekrój wielu światopoglądów, wiar, religii. To my, niewdzięczni mieszkańcy dzisiejszej Ziemi. Tylko przeniesieni do ciemnych, moskiewskich stacji metra. 
Pełny sejf dolarów i rubli i nie ma co z nimi zrobić. Dziwne. Okazuje się, ze to po prostu papierki.
Moja ocena: 8/10, ale czuję, że jest to książka, do której wrócę. 

niedziela, 8 maja 2016

"Krótka książka o miłości" K. Korwin Piotrowskiej, czyli emocjonalna podróż po świecie filmów

Hej książkoholicy! Przybywam dziś z recenzją oryginalnej (jak na mnie) książki Karoliny Korwin Piotrowskiej. Zapraszam!

   
 Kochany Czytelniku, który właśnie wziąłeś do ręki tę książkę, nie bój się, to nie jest kolejna nudna książka o filmach i kinie, pisana językiem zrozumiałym tylko dla kilkunastu osób. To nie jest lista arcydzieł. To nie jest też lista filmów, które "musisz obejrzeć, zanim umrzesz".
 Wiecie pewnie dobrze, że filmy to moja największa miłość, mieszcząca się hierarchicznie tuż obok książek. Jeśli nie wiedzieliście, to już wiecie. A więcej o tej miłości znajdziecie w zakładce "o mnie".
Tę książkę chciałam mieć, gdy tylko dowiedziałam się o jej istnieniu. Nie doczytałam jeszcze opisu każdego filmu, ale jedno muszę przyznać. Jestem zauroczona.

 Bo wiecie, każdy, kto kocha filmy, potrafi gadać o nich godzinami. A pani Korwin Piotrowska postanowiła o nich napisać. I bardzo dobrze zrobiła. Bo - jak sama pisze - zabiera nas we wspaniałą, emocjonalną podróż po świecie filmów i pięknych wrażeń. Zaznacza pozycje, które są jej bliskie i takie, które powinien obejrzeć każdy szanujący się filmoholik. Legendarne produkcje, łzy po seansie i powrót do czasów młodości - wszystko to znajdziecie w tej grubaśnej książce.
Co to więc jest? To książka o miłości, ogromnych i niezapomnianych emocjach, które kino wywołuje. O moich emocjach.
Wiele znajdę tu filmów, które widziałam i kocham (Whiplash, Forrest Gump),a także tych, które widziałam, ale mnie do siebie nie przekonały (Gwiazd naszych wina), a panią Karolinę owszem. Ale to jest właśnie najlepsze. Obie kochamy kino, obie mamy o nim wiedzę, lecz każda z nas ma swoje subiektywne spojrzenie na każdą produkcję. Piękna rzecz w kinie. Są tu też filmy, których nie widziałam, ale nadrobię je jak najszybciej, bo ich opisy są niesamowicie zachęcające.


Cóż ja mogę więcej napisać? 664 strony pięknej wyprawy wgłąb kina, poprzez wiele łez śmiechu i smutku, okraszonych genialnymi cytatami z genialnych filmów. Wyprawy, w którą dałam się zabrać i wiem, ze dobrze zrobiłam.

sobota, 23 kwietnia 2016

"Czekając na odkupienie" Katarzyna Łochowska RECENZJA


  Początek nie zapowiadał wybitnej książki. Ale zaufałam intuicji i opiniom i przebrnęłam przez parę pierwszych stron. Potem robiło się już coraz lepiej i ciekawiej, ale o szczegółach opowiem potem.

     
  Historia wcale nie banalna, ja się na taką przynajmniej nie natknęłam. Nasza młoda bohaterka, Cass, to imprezowiczka i buntowniczka. Pewnego dnia zostaje zgwałcona przez irygującego mężczyznę,przez co potem obiecała sobie "Nigdy więcej zielonych oczu". Zabiera potem pieniądze i ucieka z domu. W Nowym Orleanie poznaje nowych przyjaciół, chłopaka i znajduje pracę. Życie upływa jej beztrosko, do czasu, gdy zielonooki nieznajomy powraca.
Dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy, bo dziewczyna nagle trafia do czasów Hunów, o których wiele wiedziała z lekcji historii. Żyjąc więc w roku 451, poznaje przyczynę dziwnych zawikłań czasoprzestrzeni. Okazuje się bowiem, że czeka na nią zemsta.

  O innowacyjnym pomyśle już wspomniałam, choć połączenie historii z fantastyka samo w sobie oryginalne nie jest. Jednak dobre połączenia zawsze się sprawdzą, a już na pewno wtedy, gdy zostaną prawidłowo przeprowadzone. A w tym przypadku tak było. Ciekawe przenikanie się dwu światów, a gdzieś w głębi książki fantastyka rodem z tajemniczych opowieści. Język adekwatny do naszej bohaterki, choć miejscami przypominał kiczowate wstawki w stylu Katarzyny Michalak. Nie zmienia to jednak faktu, że narracja to przede wszystkim rola młodej dziewczyny, a skąd biedna ma wziąć wyszukane słownictwo żyjąc z dnia na dzień i niczym się nie przejmując? Poza tym, ciekawy wątek dwóch głównych bohaterów, bo na tym książka się przecież opiera.
Zakończenie nie jest przewidywalne, jak w wielu tego typu książkach. Prawdę mówiąc miejscami nie można było odgadnąć co stanie się za dwie strony. Nie zmienia to faktu, że niedociągnięcia też tam znajdziemy. Fabuła lekko nuży i zamyka oczy, bo wartkość (jest takie słowo?) akcji potyka się kilka razy, a więc doskonała nie jest.

  A więc w ramach małego podsumowanka, książkę gorąco polecam, bo, mimo że mnie czytanie zajęło długo (czytam cztery książki na raz, brawo ja), to czyta się ją błyskawicznie, wciąga i pozostawia po sobie ślad.

Moja ocena: 7/10

Za ebookowy egzemplarz dziękuję wydawnictwu Psychoskok (gdyby nie współpraca, nie sięgnęłabym po tę książkę, a szkoda).


sobota, 16 kwietnia 2016

"Pachnidło. Historia pewnego mordercy" P. Suskind RECENZJA

  Wczoraj powinny być bookspiracje, ale że dawno nie było recenzji, poczekają dzień lub dwa. Dlatego zapraszam na recenzję przedziwnego Pachnidła urzekającego od pierwszej do ostatniej strony.


Kto z was oglądał film Amelia, wie co znaczy specyficzny francuski czarny humorek. Książka ta niesamowicie ten film mi właśnie przypomina, a to za sprawą, po pierwsze, tego humoru właśnie no i specyficznego i kontrowersyjnego języka. Cała książka to krótkie zdania, mało dialogów, dużo przemyśleń i wewnętrznych przemyśleń i obrazów bohatera. Nie każdemu może to odpowiadać, ale dla mnie to sztuka ogromna, a Suskind poradził sobie znakomicie.

Po tytule możemy się spodziewać krwistego kryminału, ale takowego nie dostaniemy. Tak naprawdę tylko jedno morderstwo zostało w książce opisane, bo większość fabuły skupia się na tym, co najważniejsze - zmyśle węchu. Bo wokół niego wszystko krąży, co autor daje nam łatwo zauważyć - każdy inny wątek kończony jest zaraz po tym, jak przestał mieć jakieś znaczenie dla bohatera. Szybko poznajemy końcówkę życia tej bezużytecznej postaci, po czym pozbywa się jej w iście Marquezowskim stylu. Bowiem Garcia Marquez wraz ze swymi Stoma latami samotności to autor, o którym myśli się przez całą książkę.

Przykład? Nie ma problemu.


Jak już wspomniałam, zamiast dialogów i bogatych dialogów dostajemy niesamowicie rozbudowany świat wewnętrzny. Siedzimy w głowie Jana Baptysty i nie mamy możliwości z niego uciec. Bohater to niesamowity człowiek, który czuje, widzi i żyje węchem i zapachami. Sam zapachu nie posiada, więc postanawia stworzyć woń doskonałą, pod wpływem której ludzie będą go wielbić i kochać, nie wiedząc do końca dlaczego. By stworzyć pachnidło doskonałe, potrzebuje najpiękniejszego zapachu świata - zapachu dziewicy.

Niesamowita opowieść o niezwykłości i o szaleństwie, którą naprawdę warto poznać, choćby ze względu na specyficzny język.
Poza tym, ekranizacja powieści jest doskonała. Doskonała pod względem odwzorowania książki. Na prawdę. Nie ma chyba innej takiej, co podałaby wszystkie wydarzenia dokładnie jak w pierwowzorze. Dlatego i film wam polecę (pod tym samym tytułem), bo mnie zachwycił i oczarował.

Moja ocena: 8/10




poniedziałek, 21 marca 2016

"Porwana pieśniarka" czyli magia, tajemnica i piękne trolle.






  Cóż, nie pomyślałabym raczej, że spodoba mi się książka - bądź co bądź - młodzieżowa, z fantastycznymi przystojniakami (ach, Zmierzch mi się przypomina) i trudną miłością człowieka i owej istoty. Ostatnio jednak zaskakuję sama siebie, a raczej zaskakują mnie książki, po których bym się tego nie spodziewała. Jednak po Gorących i przychylnych recenzjach Olgi z Wielkiego Buka oraz Anity z Book Reviews, postanowiłam, że muszę, no muszę ją przeczytać. A pamiętam, jak w poprzednim roku zarzekałam się, ze jej nie tknę, bo opis nie zachęca. Jak dobrze, że postąpiłam inaczej!
  

   Opis książki mówi nam, że będziemy mieć do czynienia z wielką tajemnicą, polityką podziemnych mieszkańców i walką z rzuconym na Trollus zaklęciem. Zaklęciem, przez które trolle uwięzione są pod gruzami góry, utrzymującymi się dzięki magii. Jedynym ratunkiem okazuje się być związek księżniczki słońca - wiejskiej dziewczyny, Cecile i trollowego księcia, Tristana. Bardzo przystojnego i pociągającego, tak tylko wspominam. O ile pierwszą myślą dziewczyny po porwaniu do podziemnego miasta jest ucieczka, czas pokazuje jej, że wszystko jest zupełnie inne, niż mogłoby się wydawać. Poznaje bowiem nowe fakty z historii miasta, a także plany niektórych z jego mieszkańców, co zmienia przecież wszystko.

 Jak już wspomniałam, domeną opowieści jest tajemnica. Mroczna, ale jakże wciągająca i zachęcająca do czytania. Wybory bohaterów, z jednej strony oczywiste, czasem pozostawiały w głowie cień wątpliwości, a akcja z jednego zdarzenia do drugiego przechodziła w większości przypadków płynnie i z napięciem czekałam na dalszy ciąg historii. Nawet miłość i romans nie były całkiem drętwe i sztuczne, pozwoliłam sobie w nie uwierzyć i autentycznie wczuwałam się w to, co co czują bohaterowie. Kibicowałam ich działaniom, a czasem miałam ochotę krzyknąć do nich, że to co robią, jest złe. Okazali się rozważniejsi, niż myślałam.

 Naprawdę godna uwagi pozycja, nie tylko dla młodzieży, bo to historia mądra, ciekawa, pełna trudnych, nie zawsze oczywistych wyborów. Czekam z niecierpliwością na część kolejną, więc, lipcu, nadchodź szybko!

Moja ocena: 8/10

piątek, 11 marca 2016

"Futu.re" D. Glukhovsky: nieśmiertelność niesie śmierć

  Z takimi książkami to jest tak, że nigdy nie wiem, jak mam zacząć. Takimi, czyli świetnymi. Bo znowu, jak po Ostatecznych [recenzja] nie mogę się pozbierać. Przecieram oczy (z niewyspania), spoglądam na okładkę i chyba już wiem.

Zacznę więc od tego, że jest piękna. Okładka. O niej na razie chcę powiedzieć. Przerażająca i intrygująca. Gdy wiemy już, kto maskę Apolla nosi, przerażająca staje się jeszcze bardziej. Pod nią może być każdy. Może się uśmiechać lub bać, a ja tego nie zobaczę. On jest Nieśmiertelny. Ja nie. To chyba dobrze, teraz już wiem. Ileż to razy marzyłam o tym, by nigdy się nie zestarzeć, nigdy nie zachorować i żyć wiecznie? Wielu z nas tak myślało. Mało komu przyjdzie jednak do głowy, jakie może mieć to konsekwencje. Nasze życie warte byłoby śmierci milionów innych. Polityka rządząca naszym życiem. Ha! Cóż to jednak za życie? Łykanie codziennie tej samej dawki tabletek, by nic nie czuć, niczego nie widzieć, zasnąć w spokoju. Obudzić następnego dnia i wmawiać sobie, że jest się szczęśliwym. Bo kłamstwa z ogromnych ekranów są tak parszywe, że sami w nie wierzymy. Sami wierzymy w stworzone przez nas kłamstwo. Czytaliście Rok 1984 [recenzja]? Cholera, ile tej książki znalazłam w Futu.re!

Świat nie ogranicza się już do kilkudziesięciometrowych budynków. Świat zdetronizował Boga i zajął jego miejsce. Teraz to ludzie panują w niebie i obłokach. Nigdzie indziej nie ma bowiem miejsca. Europa jest przeludniona. A Nieśmiertelni w maskach greckiego bóstwa skażą na śmierć każdego, kto nielegalnie postanowi liczbę ludności zwiększyć. Dzieci są bowiem czymś zakazanym. Ludzie skazani są na wieczną samotność, chyba że zdecydują się dziecko posiadać. Wtedy trzeba zneutralizować różnicę. Jednemu rodzicowi wstrzykuje się wirus starości. W dziesięć lat będzie już martwy. Stary, pomarszczony, brzydki i martwy. Bo tak nakazuje prawo. Na najbardziej ucywilizowanym kontynencie. Europie. Nieśmiertelność dla wszystkich! Dajemy wam życie, wieczne życie! Niewdzięczni przestępcy! Wasze dzieci będą pluły wam w twarz! Nigdy ich nie poznacie! Drodzy obywatele Europy. Tu panuje wolność, cywilizacja i równość. To kraj idealny.

Glukhovsky stworzył doskonale dopracowany świat. Świat pozornie piękny i doskonały. Bo jakże ciężko jest oceniać i zabijać tych, na których miejscu nigdy nie byłeś. A być przecież możesz. Ty, homo ultimus możesz starzeć się z każdą sekundą, kryjąc się ze swoim dzieckiem przed ślepymi oczami Nieśmiertelnych.
Ta książka zalecana jest osobom pełnoletnim. Dlaczego? Pomijając brutalne sceny seksu i gwałtów, nie każdy człowiek będzie w stanie pojąć wszystkie zawarte w tej książce rzeczy. I te przenośne, i dosłowne. Bo wiedza sama w sobie przydaje się w czytaniu Futu.re, tak po prostu. I trzeba być odpornym. Na wiele rzeczy. Na radykalne poglądy, na kontrowersje, na dyskusje religijne.

Nie wiem, co więcej mam napisać. Kolejna książka, po której płakałam przeklinając całe społeczeństwo, którego przecież częścią jestem.
Kończy się ona słowami nie KONIEC, a POCZĄTEK. Istnieją spekulacje, że pojawi się kolejna część. Zapewne wybuchnie woja domowa, zapewne ludzie poświęcą swe życie dla czegoś, czemu są przeciwni. Bez swojej zgody, ale dla swojego dobra. Nie wiem, czy chcę tej kontynuacji. Nawet jeśli się pojawi, zostawię dla siebie własne dokończenie historii i jej nie przeczytam, bo zepsuje zapewne moją wizję.

Moja ocena: 10/10
Przesadzam? Być może. Są w niej błędy? Być może. Nie znam się na książkach? Być może.
Ale co z tego, skoro ta recenzja jest tylko moja. Książka - tylko moja. Wrażenia i uczucia - tylko moje. I ta ocena jest tylko moja. Kocham tę książkę i dziękuję tej książce. Za to, że zaprzątała mi myśli i nie dawała spać. Za to, że uczy umierać. Ale śmierć jest konieczna, by żyć.

wtorek, 9 lutego 2016

"Gildia Magów" Trudi Canavan - recenzja


 Sara czyta fantastykę! Co się stało? Po przeczytaniu Ostatecznych jakoś się do tego gatunku zaczęłam przekonywać. Uległam też namowom mojego trenera, od którego Trylogię Czarnego Maga dostałam. Okazało się, że i on czytał Ostatecznych, jak wspomniał, zanim jeszcze przyszłam na świat. Seria ta miała służyć za narzędzie przeciw nudzie w szpitalu, ale... w szpitalu nie byłam. No, to nic. Pierwsza część przeczytana i zamierzam o niej opowiedzieć.

Cieszę się, że właśnie te książki wybrał dla mnie trener. Chciał przekonać mnie do fantasy i przyznam szczerze, że się chyba udało. Do miłośniczki magii i dziwnych, fantastycznych zdarzeń mi trochę brakuje, ale jestem na dobrej drodze.

Streszczając po krótce fabułę -  Podczas corocznych, przeprowadzanych od lat wielu Czystek na ulicach, przydarza się niespodziewana rzecz: dziewczynie ze slumsów udaje się pokonać magiczną barierę ochronną Maga. Obok Sonei, bo o niej mowa, dzieje się coś gorszego - młody chłopak płonie od zaklęcia Magów, którzy uznali go za posiadacza umiejętności magicznych. Tylko Rothen, starszy mag-alchemik, zauważa prawdziwego sprawcę zamieszania. Dziewczyna musi uciekać, a magowie rozpoczynają poszukiwania, bo dzika magiczka prędzej czy później zniszczy całe miasto i siebie samą.

Pierwsze strony szły mi opornie. Nie byłam przekonana do dziejących się akcji, poszukiwania Sonei trochę się ciągnęły. Jednak od czasu schwytania jej, zabrania do Gildii - szkoły magów i rozpoczęcia nauk, akcja nabiera tempa i czyta się naprawdę szybko i przyjemnie.

Poza tym... mam pierwszego książkowego męża. Rothen jest... odrobinę starszy, ale to człowiek o tak niesamowitym usposobieniu, ze nie sposób nie uśmiechać się razem z nim. Ja się uśmiechałam, hm. Ogólnie bohaterowie GM mają bardzo ciekawie rozbudowane charaktery. Moim ukochanym jest, już wiecie, mistrz Rothen. Przemiły, przezabawny, przeuroczy alchemik. Zaraz po nim mistrz Dannyl, który jest takim "fajtłapą", choć bardzo mądrym i inteligentnym. Jest ogromnie śmieszny, lecz w pozytywnym znaczeniu. Poza tym, stworzony świat magów i ludzi jest naprawdę wspaniały. To trochę jak Harry Potter w bardziej realnym (pomijając magię) i przystępnym świecie, przez co czujemy się w akcję wciągnięci do reszty. Ja razem z bohaterami uciekałam, wstrzymywałam oddech i wytężałam umysł szukając w nim swojego pokoju z magią. Cóż, chyba nie jestem magiczką.

Może doszukuję się dziwnych interpretacji i przesłań, ale ta książka jest bardzo mądra. Mimo ewidentnie odległych czasów, tak wiele znaleźć z nich można w świecie dzisiejszym i obecnym. Różnice między poszczególnymi warstwami społecznymi, powielane przez ludzi stereotypy. Jak już kilka z was zauważyło, lubię książki z przesłaniem, a ta do nich zdecydowanie należy. Teraz zaczynam drugą część, ale jak na razie polecam Gildię Magów serdecznie.

Trenerze, mimo że tego nie czytasz, dziękuję!

Moja ocena:
8/10

piątek, 15 stycznia 2016

"W pułapce dzieciństwa" Josélito Michaud


   Tak długo mnie nie było, a na dodatek wracam z bardzo dziwną książką. Dziwną pod wieloma względami, a tym najważniejszym jest to, że autor chyba nie był pewien o czym pisze. Ale o tym później. Owijam się w kocyk i zabieram za recenzję.

Tytuł: W pułapce dzieciństwa
Tytuł oryginalny: Dans mes yeux a moi 
Autorstwa: Joselito Michaud
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron w wydaniu: 284






   Wydaje się czymś oczywistym pisanie poważne o poważnych sprawach. Jednak Michaud odchodzi od tej zrozumiałej koncepcji. Niestety zupełnie niesłusznie. Są granice, których przekraczać się nie powinno, a które Kanadyjczyk przeskoczył z hukiem. Zacznijmy jednak od początku.

Już na okładce zostajemy poinformowani, o co w całej książce chodzi. W zasadzie opis to "okładkowy skrót", jednak naprawdę wiele mówi o fabule powieści. Jest to mianowicie historia Oliviera, który w chwili rozpoczęcia akcji ma lat siedem. Jest to dziecko dojrzałe jak na swój wiek. Zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, że zbyt dojrzałe. Często wypowiadane przez niego słowa są bardzo sztucznie dobierane, nie ma bowiem możliwości, by tak małe dziecko było skłonne do tak poważnych przemyśleń, nawet po wielu przeżyciach. Nie zmienia to jednak faktu, iż historia chłopca jest naprawdę dramatyczna. Jego życie to ciągłe przeprowadzki do coraz to nowych rodzin zastępczych. Ukojenie i pocieszenie znajduje Olivier w swoim pluszowym misiu, którego otrzymał od swej biologicznej matki. Trafia w dodatku do rodziny, w której atmosfera nie pozwala na rozwój dziecka, które bite jest przez pijanego opiekuna. Tam jednak doświadcza wielu ważnych w życiu wartości. Niedługo potem zaczyna odkrywać tajemnice swojego życia, które wiążą się z wieloma bolesnymi wspomnieniami.

Trudno jest pisać złe rzeczy o takich historiach. Nie możemy jednak dać się zwieść smutnym losom Oliviera. Same w sobie wydarzenia wywołują w nas współczucie i żal, jednak Joselito Michaud opowiedział je w sposób, którego wręcz nie da się przetrawić. W stylu pisarskim autora w ogóle nie da się wyczuć żadnych emocji, słowa są puste, bezduszne. Trudno określić, czy nie jest to po prostu brak umiejętności tłumacza, jest to przecież możliwe. Nie zmienia to jednak faktu, że książce brakuje duszy i serca, a to główne składniki dramatycznych historii. Bardzo nieudana próba wzruszenia czytelnika.

Plusy:
+ książkę czyta się szybko dzięki konstrukcji krótkich rozdziałów
+ historia opowiedziana z perspektywy dziecka
+ poruszone zostały ważne i wciąż aktualne tematy

Minusy: 
- dramatyczna historia napisana bardzo słabym językiem
- przypisanie dziecku wielu cech i myśli, których w żaden sposób nie mógł posiadać
- nie wywołuje żadnych emocji

Moja ocena:
5/10

środa, 6 stycznia 2016

"Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd

Kilkunastoletnia Lily jest wychowywana przez chłodnego i agresywnego ojca. W dodatku żyje w poczuciu winy, podejrzewając, że w dzieciństwie przyczyniła się do śmierci matki. Jej los odmieni się jednak, gdy w poszukiwaniu akceptacji i ciepła ucieknie z domu. W miasteczku Tiburon w Karolinie Południowej - u boku trzech czarnoskórych kobiet pracujących jako pszczelarki, niepospolitych i mądrych - znajdzie prawdziwą rodzinę. A może także miłość swego życia...



Mój urodzinowy prezent przeczytałam w dwa dni. I myślę, że to optymalny czas na tę książkę, bo jest naprawdę ciekawa, ale i nie tak wciągająca, bym nie mogła się do niej oderwać. Sekretne życie pszczół to piękna historia o przyjaźni, miłości i... nienawiści. Dzieje się bowiem w czasach, gdy rasizm to popularna i całkiem zwyczajna postawa wśród ludzi. Wprowadzony w tej książce klimat jest niesamowity, momentami czułam się świadkiem wszystkich wydarzeń, słyszałam rój pszczół, czułam zapach miodu. To bardzo ładna książka. Bardzo dobrze stworzone postacie, każda z unikalnym i rozbudowanym charakterem, które pozwalają się pokochać lub znienawidzić. 

Nie umknął mi ciekawy styl, w którym powieść została napisana. Nie pozostawia on wątpliwości, że historia opowiadana jest p[rzez czternastolatkę z bujną wyobraźnią i czasami nawet infantylnym spojrzeniu na świat. Ciekawe, a nawet zabawne wtrącenia ocieplały serce i pomagały "zaprzyjaźnić się" z dziewczynką w białej siateczce na twarzy.
Niektóre jednak fragmenty książki były naciągane, nużyły, chciało się je szybko ominąć.

Nic nie zmienia jednak faktu, ze książka była naprawdę dobra, czyta się takie z dużą przyjemnością. Nie zmienia tego nawet fakt, że ekranizację oglądałam o wiele wcześniej, nie wiedząc o istnieniu wersji papierowej. Miałam w pamięci kilka wydarzeń, lecz czytając wszystkie emocje odczuwałam na nowo.

Plusy:
+ bardzo wzruszając powieść z dobrą budową klimatu
+ unikalne i ciekawe postacie
+ bardzo dobry opis przebiegu wydarzeń, pozwalający poczuć się jakby w samym centrum akcji
+ ciekawy i oryginalny styl

Minusy:
- czasami nudnawa, przeciągana akcja

Dodatkowe uwagi:
- Powieść została (bardzo dobrze zresztą!) zekranizowana [klik!]

Moja ocena:
7/10

czwartek, 31 grudnia 2015

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy

    Miałam małe wątpliwości, czy tę recenzję pisać powinnam, bo - wstyd się przyznać - nie oglądałam żadnej z poprzednich części.
Do kina poszłam z moim bratem, Dawidem, który ma dziesięć lat i gdyby nie on, nie pomyślałabym, by tam pójść. Poza tym, że mnie namówił, wytłumaczył mi podstawy fabuły, bym mniej więcej wiedziała kto, jak gdzie i dlaczego.


Od Dawida dowiedziałam się "po drodze", że są dwaj nowi bohaterowie, którzy na dodatek są głównymi postaciami w filmie. Trudno mi napisać o fabule coś więcej, nie oglądałam poprzednich filmów z serii, nie chcę też spojlerować. Zdradzę tylko, że spotkamy znanego wszystkim Hana Solo (jego znałam nawet ja!) i Chewbaccę.

Na początku filmu dowiadujemy się, że jeden z pilotów Ruchu Oporu, Poe Dameron, posiada mapę z zaznaczonym na niej miejscem pobytu Luke'a Skywalkera. Jednak niedługo potem szturmowcy porywają Damerona, który zdążył nośnik z mapą przekazać droidowi BB-8. Poe, z pomocą jednego rebelianta z Najwyższego Porządku, Finna. Muszą teraz zdobyć nośnik i przekazać go Ruchowi Oporu.


 Myślę, ze plusem można z pewnej perspektywy nazwać to, że reszty "Gwiezdnych Wojen" nie widziałam. Patrzę subiektywnym okiem na całość filmu, nie porównując do poprzednich części. Moim zdaniem każdy film, nawet, jeśli składa się na całą serię czy trylogię, należy oceniać osobno. Bowiem zmiana nawet jednego członka zespołu może zdziałać bardzo wiele.
Co ciekawe, mimo mojego "zacofania" zrozumiałam dobrze praktycznie cały film. Ukłony więc w stronę twórców za tak doskonałe zbudowanie fabuły. Seans był naprawdę niesamowity, wychodząc z kina miałam naprawdę wiele myśli, a także łzy wzruszenia w oczach. Spodziewałam się, że te wszystkie postacie, bitwy i wydarzenia mnie znudzą, a było zupełnie przeciwnie. 
Jedyne, co mogę zarzucić, to nieco zubożałe postacie Finna i Rey, którzy byli przecież ważnymi bohaterami w akcji filmu. Ich historie miały naprawdę duży potencjał, niestety nie do końca wykorzystany. Sama postać Finna była nieco denna mimo szerokiego przedstawienia emocjonalnego. Poprzednie części obiecałam sobie obejrzeć. Czekam także na następną, gdzie liczę szczerze na rozwój tej dwójki bohaterów.

Co do kilku słów podsumowania, film naprawdę wart obejrzenia, nawet dla tych, którzy fanami GW nie są, bowiem to po prostu dobry kawałek kina. Mówię to na swoim przykładzie. Przykładzie osoby nie przepadającej za klimatami sci-fi, bitew wyimaginowanych istot dziwnymi urządzeniami. Przekonałam się jednak, ze są takie klasyki, które po prostu trzeba obejrzeć.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Henryk Wiatrowski "Ostateczni": zakurzona historia o człowieczeństwie.

 
Oglądałam wiele filmów, czytałam wiele książek. Nie raz zdarzyło się, że przy nich płakałam, nie mogłam się przez pewien czas otrząsnąć. Jednak ani razu przedtem nie zdarzyło mi się jeszcze, bym po skończonej lekturze zaczęła płakać i leżeć przez pewien czas wtulona w poduszkę. Pierwszy raz stało się tak dziś. Siedzę teraz pisząc ten wstęp i boję się, bo nie wiem, co napisać powinnam potem. To wszystko, czego się dowiedziałam, czego doświadczyłam, dalej we mnie siedzi.




   Zanim jeszcze przejdę do samej recenzji, muszę napisać coś, co nie daje mi spokoju od mniej więcej połowy książki. Boli mnie ogromnie to, że perełki takie jak Ostateczni stoją zapomniane na półkach, gdzie nikt prawie ich nie znajdzie. W czasach, gdy wielkie księgarnie, wydawnictwa mają tak duże możliwości, rzeczą niezrozumiałą jest dla mnie chowanie przed światem książek, które potrafią wnieść do naszego życia tak wiele, tak wiele mogą nam pokazać, nauczyć nas, podczas gdy wielki chłam i bezsensowne, nic nie wnoszące książki okrywane są wielką czcią, reklamowane z wielką pieczołowitością, jak gdyby odnalezione dzieła Kochanowskiego. Stoją za szklanymi gablotami, kuszą piękną okładką, wszędzie informują o nich wielkie telebimy i reklamy. Przykładów wymieniać nie chcę, każdy z nas taki znajdzie. Bo gdyby Ostatecznym dać szansę, nową, piękną oprawę i postawić na podwyższeniu w dużej księgarni, większe byłoby prawdopodobieństwo, że ktoś ją odnajdzie i kupi, nawet przeczyta. Tym bardziej w czasach, gdy motywy postapokaliptyczne są modne i pożądane. Ja rozumiem, że wydawcy nie znają książek całego świata. Problem leży jednak w tym, że nawet nie chcą ich znać. Każdy myśli tylko o majątku, jaki przyjdzie mu zgarnąć po sukcesie bezużytecznych paru stron prostej książki dla młodzieży. Nic już prawie nie dzieje się tak po prostu dla ludzi. Gdyby ktoś z tych dużych sieci dał nam szansę wskazać kilka pozycji, które mogą odnieść wielki sukces, a przy okazji pod swoją prostą fabułą i cudownie zbudowaną akcją przemycą ważne wartości, pokażą świat i ludzi, których osobiście  nie jest nam dane dostrzec, wszystko stałoby się o wiele lepsze. Ale do najprostszych rozwiązań najtrudniej jest dojść.
Mam nadzieję, że nie weźmiecie mi za złe mojego wywodu, ale naprawdę chciałam się tym z wami podzielić. Gdy tylko znajdę sensowny i wykonalny plan zmienienia tego wszystkiego, wdrożę go w życie.

"Oto nasz hymn - hymn szumowin: pieśń karłów, hermafrodytów, czarnych olbrzymów, pół-gadów, pół-ptaków i jeszcze wielu tych, którzy rodzili się bez mózgów, bez głów, bez nóg lub bez rąk - tylko po to, by zaraz umrzeć. Wieczorna kołysanka trędowatych, ballada przeżartych chorobami, do których czujecie wstręt i nienawiść. Oto oda zdesperowanych i wypędzonych z Raju. Wielki poemat o mutantach. To jest nasz Hymn Wzgardzonych."

   Nigdy nie czytałam żadnej książki z gatunku fantastyki czy sci-fi. Pochodzi ona z roku bodajże 1991. Nowa więc nie jest. Ale jakże uniwersalna. Nie przeczytałabym jej nigdy, gdyby nie to, że dostałam ją od Biblioteki w zamian za pomoc w organizacji Festiwalu Fantastyki. Zbierałam się długo, lecz w końcu zaczęłam ją czytać. Nie wyobrażam sobie, czemu nie zrobiłam tego wcześniej. To najpiękniejsza książka, jaką czytałam w całym swoim życiu. I wcale nie przesadzam stawiając ją o wiele ponad Młodym Samurajem.

  Na Ziemi rozpętała się wojna, czego konsekwencją był wybuch bomby atomowej. Zniszczyła ona większą część świata. Ludzie, którzy pozostali rozdzieliły się na dwie grupy. Jedna, której wybuch prawie nie dotknął, odgrodziła się polem siłowym od tej drugiej, gdzie potomkowie ocalałych były zdegenerowanymi mutantami o szpetnych ciałach, często nie przypominających rasy ludzkiej.

  Historia rozpoczyna się wołaniem o pomoc. A raczej przeraźliwym krzykiem, który tę pomoc ściągnął. Sa - myśliwy - ratuje brutalnie gwałconą kobietę i zanosi ją do schronu swej hordy, gdzie ma ona odpowiednią opiekę. Gdy Al - przyjaciel myśliwego - prosi go o zabranie na łowy, Sa w końcu się zgadza, nie wiedząc jeszcze, jak wiele ta wyprawa zmieni. Za jej sprawą zacofana horda mutantów odkryje całą prawdę o zagładzie, o Ścianie Świata tworzonej przez pole siłowe, o wstydzie zwykłych ludzi prowadzących spokojne życie. Już niedługo miało zmienić się wszystko. Ale prawda ma swoją cenę.

Wspaniała książka, której nie da się opisać w zwykłej recenzji. Jestem zahipnotyzowana rozwiązaniem, tokiem myślenia, fabułą - wszystkim. Nie potrafię sobie wytłumaczyć, jak Wiatrowski był w stanie opisać całą ludzkość w nieco ponad dwustu stronach książki.  Nic nie jest tu oczywiste, nic nie jest przypadkowe. Każda strona wymaga dokładnego rozpatrzenia.

Świat, do którego nie każdy może należeć.
Ludzie, którzy najmniej ludzi przypominają, mają w sobie więcej człowieczeństwa niż niejeden za Ścianą Świata.

Moja ocena: 10/10, choć w żadnych skalach się nie mieści. Przez kilka następnych dni będę chodzić z czarnym kirem na sercu.


Nie mówię i nie piszę tego często, ale to jest książką, którą powinno się przeczytać. Każdy, kto z fantastyką nie miał nic wspólnego lub największy jej fan. Nie jest ją łatwo zdobyć. Lecz jeśli komuś się uda, jeśli ktoś będzie miał jakąkolwiek możliwość jej zdobycia - niech to zrobi. Nie jest to opowieść o szczęśliwej i wiecznej miłości, o przystojnym bohaterze czy bezspornej przyjaźni. To historia o mutantach, którzy pięknem swego serca przyćmiewają to wszystko, co za piękno uznajemy my. 


czwartek, 10 grudnia 2015

Lato się skończyło, ta książka na szczęście też.


    Jak tak dobra okładka może kryć... chłam? Zła książka to za mało powiedziane. "Lato miłości" to chyba najgorsza, jaką w życiu przeczytałam i piszę to całkiem na poważnie.

Już po pięćdziesięciu stronach chciałam skończyć, ale wiem z doświadczenia, że książki czasem zaczynają się rozkręcać po nawet stu. Dlatego wytrwałam. No, nie do końca. Przeczytałam 180 z 240 stron. Na tyle byłam w stanie. Czytanie dłużyło mi się niemiłosiernie, a z każdą stroną było coraz gorzej.



O czym jest książka?
Przeanalizujmy opis z okładki.

"Ellie zostaje żoną owdowiałego farmera Dillahana. Oboje darzą się szacunkiem i sympatią."
Świetnie. Nie czytuję romansów, ale mogę się założyć, że tak właśnie zaczyna się 70% z nich.

"Przypadkowe spotkanie z Florianem, fotografem, zmienia jej życie wbrew woli."
 No i pora na Floriana. Postaci ponad miarę nudnej. Ma problemy finansowe, nie ma za to ani żadnego talentu (nad czym ogromnie ubolewa) ani szczególnego planu co do swego życia. No, może poza tym związanym z emigracją.

"Zakochana Ellie nie chce oszukiwać męża i nie wie, że Florian zamierza emigrować." 
Tak oto nasza bohaterka się zakochuje. Po raz pierwszy w swym życiu. Warto bowiem zaznaczyć, że swego męża wcale nie kocha. Było to - powiedzmy - małżeństwo z rozsądku. 


Nie mam pojęcia, jaki był finał tej historii i wcale mnie to nie interesuje. Jeszcze kilka stron, a załamałabym się kompletnie. Czytałam różne opinie, nawet pozytywne. Ale ja plusów nie dostrzegam żadnych. No, może poza pięknym irlandzkim, miasteczkowym otoczeniem. 
 Nie polecam jej w ogóle. Chyba że na ziemi zabraknie książek. To coś czytać trzeba. W innym wypadku - nie bierzcie jej w dłonie. 

Moja ocena: 1/10 (bo jak znajdę jakąś gorszą, zero się zawsze przyda)


wtorek, 17 listopada 2015

"Przekraczając granice" - autobiografia Luisa Suareza

"W tej książce Luis Suárez po raz pierwszy szczerze opowiada o swojej niezwykłej karierze. Mówi o tym, jak z ulicznego dzieciaka stał się jednym z najskuteczniejszych napastników świata. I tłumaczy, że to nieustępliwy charakter doprowadza go do przekraczania granic.
Nie tylko tych piłkarskich…"


  Ogromnie się cieszę, że mogłam tę książkę przeczytać. Jestem wielką fanką FC Barcelony, a o samym Suarezie słyszałam jeszcze dwa lata przed jego transferem do Dumy Katalonii. Było to spowodowane głównie jego stadionowymi wybrykami, w końcu nie codziennie słyszy się o gryzącym piłkarzy Urugwajczyku, który na dodatek kłóci się z arbitrami lub wybija ręką piłkę na mundialu. 

Przekraczając granice pozwala poznać Luisa nie tylko z tej "gorszej" strony, lecz także jako zagubionego kiedyś dzieciaka, który ledwo radził sobie ze szkołą, nie chodził na treningi i starał się z całych sił, by dostać pieniądze na autobus do Sofi. Gdyby nie ona, Luis skończyłby zupełnie inaczej, nie zostałby na pewno piłkarzem za wszelką cenę łaknącym wygranej. 
Tu mamy poniekąd rozwiązanie jego wybryków. Były spowodowane ogromnymi emocjami, które Suarez odczuwał przez cały mecz, a już w szczególności w momentach, gdy wygrana była zagrożona. 

Sama książka jest naprawdę bardzo ciekawa, Suarez nie przynudza, wiele wyjaśnia. Ja bardzo się wciągnęłam w tę autobiografię, tym bardziej, że mówi o tematach, które mnie interesują. Ale uważam, że nawet dla tych, którzy fanami futbolu nie są, książka spodoba się bardzo, bo pokazuje prawdziwą miłość, dążenie do perfekcji i ciągłe stawanie się coraz lepszym. Powiem szczerze, że najbardziej zabrakło mi relacji z samej Barcelony, ale za to autora oceniać nie można, bo znajdował się tam zaledwie kilka miesięcy w momencie pisania książki. Potem okazało się, ze to właściwy człowiek na właściwym miejscu, a Barcelona zyskała na takim zawodniku.




Plusy:
+ czyta się książkę naprawdę szybko
+ Suarez w żadnym wypadku nie przynudza, każdy fakt w książce jest potrzebny

+ wyjaśnienie wielu "wybryków" piłkarza to nie lada gratka dla fanów futbolu
+ świetne połączenie opowieści o piłce, rodzinie i przyjaciołach
+ książka momentami była przezabawna, śmiałam się w głos

Minusy:
brak  


Moja ocena:
9/10 (czemu nie 10? Po prostu są książki, które na tę ocenę zasługują o wiele bardziej)

*za udostępnienie egzemplarza dziękuję wydawnictwu Sine qua non*

Książka bierze udział w akcji Czytam nie tylko Amerykanów