środa, 14 września 2016

#4 Recenzja na gorąco | Julieta

  Hej, hej filmoholicy! Nie, nie przewidzieliście się, napisałam posta! To znaczy... dopiero go piszę, ale wiecie.
Nie jest niczym nowym, że gdy coś mnie zaintryguje, muszę o tym napisać, tylko najzwyczajniej w świecie nie wiem, jak powinnam zacząć.

 
Na Julietę poszłam bez konkretnego powodu. Nie słyszałam o nim, nie widziałam zwiastuna. Po prostu musiałam sobie wynagrodzić nieobecność na Kosmosie, który w moim kinie grany był tylko raz. A skoro to dramat, wiedziałam, że tak źle być nie może. Kupiłam więc bilet, zajęłam miejsce, światła zgasły i zaczął się seans.

O czym opowiada film? O wszystkim. Podejmuje tematy choroby, zdrady, przyjaźni i - co w kontekście filmu najważniejsze - szczerości. Jest to więc historia kobiety, która wraca do ukochanego miasta i dostaje wieści o swej córce. Po przyjściu do domu zaczyna pisać list, którego wysłać nigdy nie planowała. Wtedy dowiadujemy się, że tytułowa Julieta przez całe swe trudne życie skrywała kilka tajemnic.
Jest to też film o miłości. On - znad błękitnego morza, ona - z rozpalonej słońcem Andaluzji. Kolor słońca i wody ma w filmie spore znaczenie poz względem kompozycyjnym, ale o tym za chwilę.


To mój pierwszy film Almodóvara, ale sądzę teraz, że nie ostatni. Piękny portret kobiety żyjącej w wielkim cierpieniu, którym nie może się podzielić. Cała kompozycja była piękna, choć pierwsze wrażenie było przeciwne. Ciągłe bezpieczne zestawienie kolorów żółtego i niebieskiego (przyjrzyjcie się kadrom, które wstawiłam) w pewnym momencie burzy dodanie czerwieni, co rzuca się w oczy, bo zmiana jest doskonale widoczna. Oczywiście nie przeszkadza w odbiorze, ale nadaje przekonania, że ten prosty i pospolity zabieg łączenia barw (niebieskiej i żółtej) wcale nie był zastosowany przypadkowo. Skąd czerwony? Tego jeszcze nie wiem, mam kilka tez, ale muszę obejrzeć ten film raz jeszcze.


Wielkie, ogromniaste brawa należą się jeszcze kilku osobom: świetnej Adrianie Ugarte za wzruszającą i nader rzeczywistą postać młodej Juliety, Alberto Iglesiasowi odpowiedzialnemu za piękną muzykę podkreślającą emocje, dźwiękowcom, którzy sprawili, że trzy dźwięki wybrzmiewające w jednym momencie brzmiały świetnie i Soni Grande za kostiumy nieprzypadkowe i wzbudzające we mnie zastanowienie i niepewność.


Jest to ten rodzaj dramatu, który pożera mnie co do kości. Kocham filmy tak ciche, stawiające na poszczególne, drobne dźwięki i piękną muzykę. Kolejny film obejrzamy przypadkiem, kolejny, po którym chce się zmieniać świat. Na ocenę potrzebuję jeszcze trochę czasu, a póki co kończę kakao i wyciszam muzykę. Chyba pora poczytać.