piątek, 4 września 2015

Top 5 filmów

   Już jestem w domu, w moich ukochanych Suwałkach! Naprawdę długo nie pisałam niczego szczególnego, ale to dlatego, że szkoła wróciła, a wraz z nią obowiązki i teatr. Teraz mam obok siebie półkę pełną nieprzeczytanych książek, więc naprawię to, co zaniedbałam wracając książkowo z "Pierwiastkiem zero". Lecz zanim ją przeczytam , przedstawiam kolejne "Top 5". Poza tym, chyba stworzę z tego serię, bo jest tyle rzeczy, które można układać we własnej kolejności...
    Tym razem filmy. To będzie o wiele trudniejsze niż książki, bo mam takie szczęście, że trafiam głównie na filmy, które bardzo mi się podobają. W serwisie FILMWEB, na moim profilu (klik) znajduje się aż pięć filmów z maksymalną ilością gwiazdek, a wybrać te najlepsze będzie ogromnie trudno. Och, i oczywiście tytuły filmów posiadają załączniki przekierowujące do ich miejsca w powyższym serwisie.


    Każdy, kto w jakimś stopniu interesuje się astronomią czy kosmologią, wie doskonale, kim jest Stephen Hawking. Człowiek naprawdę genialny, pełen pomysłów, mądry i... Chory na stwardnienie zanikowe boczne. Możliwe, że nazwa ta rzuciła ci się kiedyś w oczy, bo przecież tak popularny niedawno "Ice bucket challenge" do tej właśnie choroby nawiązywał. Wracając do filmu - "Teoria wszystkiego" to film biograficzny ukazujący życie Stephena Hawkinga. Nie jest to gwiazda pop, nie znany aktor, a naukowiec. To może być jeden z "ważnych" powodów dla kogoś, kto tym filmem się nie zainteresował. Ja czekałam na ten film odkąd tylko dowiedziałam się, że ma powstać i ukazać się w kinach. Rozczarowałam się lekko, że film ten nie skupiał się na życiu naukowym Hawkinga, a ja jego miłości do Jane. Westchnęłam, lecz gdy zobaczyłam pierwsze zapowiedzi kinowe, wiedziałam, że muszę ten film obejrzeć mimo wszystko. Tak się stało i nie żałowałam, że poszłam do kina. Gra aktorów była przecudowna, pod koniec płakałam jak bóbr. O ile w moim sercu pozostawała nutka żalu, film naprawdę mi się spodobał i uważam, że piąte miejsce dla niego to krzywda.


    "Hobbit". Dlaczego nie "Władca Pierścieni"? Dlaczego ostatnia część? Otóż nie jestem fanką fantastyki. Ba, ja nie lubię fantastyki. Gdy mój trener dowiedział się, że nie oglądałam nigdy ekranizacji powieści Tolkiena, myślałam, że jego wzrok mnie zabije. Pod tym niewymówionym naciskiem postanowiłam trylogię obejrzeć. Najpierw jedną, potem następną.  O ile każda część i "Władcy Pierścieni", i "Hobbita" były naprawdę niesamowite, ta jedna porwała moje serce. Wspomniałam już, że fanką fantastyki nie jestem. A ta opowieść o miłości, przyjaźni i ich przewagą nad bogactwami ma w sobie coś, co mnie do siebie przyciągnęło.

III Amadeusz 10/10

Ten film, jego jakość i inne kryteria oceny są kwestią bardzo sporną. Inni będą go oceniać właśnie według nich, ale dla mnie to nie jest najważniejsze w filmach. Ten jest na to dowodem. Oczywiście jak na rok wykonania (1984) zarówno obraz jak i aktorzy byli na najwyższym poziomie. A film, o którym teraz piszę to "Amadeusz" opowiadający o nikim innym jak... Amadeuszu. Mozarcie, oczywiście. Nie powiedziałabym, że to film biograficzny, bowiem biografia Mozarta nie jest do końca znana. A rzecz opiera się na zeznaniach mężczyzny, który twierdzi, iż zabił Mozarta. Reżyser pokazuje w ten sposób niejako własną wersję tego, co się stało. Wersję smutną, naprawdę, ale jakże... prawdziwą. Może niekoniecznie w wersji historycznej, ale takiej zwyczajnej, ludzkiej. Człowiek, który żył jako wielki, umiera jako zwykły. Może nawet mniej niż zwykły. Film cudowny nie tylko dla ogromnych miłośników muzyki Mozarta. Mądry, mówiący nam , że kimkolwiek nie jesteśmy, warto zawsze być sobą. 

II Mulan 10/10

Jestem ogromną fanką Disneya, szczególnie filmów z wieku dwudziestego. Mulan to moja ukochana ze wszystkich bajek, a poza tym, film jest z roku mojego urodzenia a jest to rok 1998. Zawsze uwielbiałam ten humor połączony z tak ważnymi i życiowymi kwestiami, które zauważam za każdym razem, gdy bajkę tę oglądam. Piękne piosenki, cudownie skonstruowani bohaterowie, a w dodatku to film animowany!

Zauważyłam, że mój gust lubi spierać się z ocenami na Filmweb i recenzjami czy upodobaniami innych ludzi. Tak jest też w przypadku filmu, który musiałam postawić na miejscu pierwszym, bo na to właśnie zasługuje. Moje serce się tego wręcz domaga, a rozum skanduje. Film opowiada o angielskiej guwernantce, która przyjechała do Syjamu, na dwór jego króla - Mongkuta (fascynującego przy okazji). Tam ma zająć się nauką jego dzieci. Niespodziewanie rodzi się uczucie, które nie ma prawa bytu. Yun-Fat Chow, odtwórca roli króla, wykonał niesamowitą robotę, zakochałam się w jego grze aktorskiej i gracji, jaką niewątpliwie pokazał. Pokochałam także sam film, na który trafiłam całkiem przypadkowo parę lat temu, a wracam do niego do dziś. Nie potrafię nawet przekazach moich odczuć do całej akcji, aranżacji, pięknego przedstawienia jakże cudownej historii.