poniedziałek, 6 czerwca 2016

Dokąd zmierza to fantasy? | Nie wiem, to się wypowiem #1

  
  Kolejna seria na blogu, po prostu szaleństwo! Ale chcę poruszyć pewien temat, a myślę, że znajdzie się ich więcej, także...

Hej, hej, książkoholicy! Tym razem do was, choć seria odnosić się będzie czasem i do filmów. Koniec zbędnego pytlowania, zabieram się za główny temat.

Od czego się zaczęło?

A no trudno powiedzieć. Bo przecież z jednej strony mitologii trudno fantastyką nie nazwać, ale z drugiej... Ludzie w to naprawdę wierzyli. Ale nie wszyscy. Istnieli twórcy, którzy w swoich dziełach zawierali wątki mitologiczne, a gdzieś tam w środku wyśmiewali się z tych, którzy myślą, że bogowie, herosi i inne demony istnieją (znaczy tak słyszałam). Potem pisarze zaczęli wymyślać historie o zaginionych lądach i światach, lecz fantastyka odbierana była jako dzieło dla dzieci wyłącznie, no co zrobić.
Dorosłym nie uśmiechało się czytanie o jakichś smokach, potworach o czymś nierealnym. Zabawne, bo jednym z takich "dorosłych" byłam ja. Nie mając za sobą ni jednej książki fantasy, oceniałam gatunek bardzo negatywnie. Aż śmieję się z tej przeszłej mnie.
Myślę, że sporym przełomem były, na świecie, opowieści typu "historii alternatywnej" i fantastyka postapokaliptyczna, których dzieci nie rozumiały, a dorosłym uświadamiały niszczycielską siłę postępu. Tak oto fantastyka zaczęła uczyć, a przekonali się do niej i starsi czytelnicy.
W Polsce granicę tę stanowiły chyba książki Sapkowskiego, które przez ciekawą historię (no ja nie czytałam, ale w końcu "nie wiem, ale się wypowiem"), a także bezpośredniość i wulgarność przyciągnęły starszych odbiorców.

Postapokalipsa - uczy i straszy

No tak. Bo chyba najbardziej przerażająca się staje, gdy uświadamiamy sobie, że żyjemy na granicy. Granicy między naszym światem, a niszczycielską wojną. Bo, jak określiła Zofia Nałkowska, "Ludzie ludziom zgotowali ten los". Bo każda broń, jaka może zagrozić całemu światu, powstała przy użyciu ludzkich dłoni. I wiecie, to właśnie pokochałam w Ostatecznych. To, że Wiatrowski pokazuje jak jest. Nie tylko jak być może, bo to powieść tak uniwersalna, że dopasujemy ją i do naszych czasów. Płakałam na koniec, ale nie dlatego, że stało się coś złego. A dlatego właśnie, że dotarło do mnie, że to przecież stało się przez ludzi. Przez ich chciwość i nienawiść. I przychodzi potem takie uczucie, taka myśl, że jesteśmy częścią tego społeczeństwa i nie chcemy się z nim w tej chwili utożsamiać. Bo boli to, że jesteśmy gdzieś w głębi tacy sami.

Młodzieżowa fantastyka pokazuje, czym jest progres 

Pamiętam, jak zawsze narzekałam na wszystkie młodzieżówki. A to że nudne, to że płytkie i bez żadnej wartości. No bo tak przez długi czas było. Jakaś zwykła dziewczyna zakochana w wampirze, albo nagle odkrywająca tajemniczą krainę. Nudne jak flaki z olejem (znaczy ja flaki szanuję, ale wiecie, tak się mówi), a i tak dużo osób to czyta. No i w ten sposób zniechęciłam się do literatury młodzieżowej. Jednak coś zaczęło się zmieniać. Powstały książki takie jak Gildia magów Trudi Canavan, Porwana Pieśniarka Jensen czy genialny Czas Żniw Shannon. Wszystkie z nich to serie, a mnie do serii przekonać nie jest łatwo. Jednak zaczęło się dawać młodzieży coś, co nie jest typowym odmóżdżaczem, ale książki, nad którymi warto się zastanowić, które niosą niebanalne przesłanie i - mimo że często poruszają te same tematy i ogólnie mają podobne fabuły - są oryginalne i zostają w pamięci na długo.



Cieszę się, że fantastyka obiera taki kierunek, gdy zamiast wymyślania niestworzonych i nic nie wnoszących historii, przenosi nas ona w światy odrealnione, a jednak często tak bliskie. Teraz każdy może znaleźć coś dla siebie, nie tylko dzieci, które lubią dopowiadać własne rozdziały i śnić o smokach i czarodziejach.

Bo ten gatunek jest czymś niesamowitym. Szczególnie teraz, gdy czasy mamy trudne i potrzebujemy czasem mocnego kopa w tyłek. Fantasy nie traci na swej aurze niesamowitości i magiczności, ale zaczyna nieść za sobą coś więcej niż tylko puste historie o niesamowitych istotach.