sobota, 26 września 2015

Festiwal Fantastyki w Suwałkach

 Z lekkim opóźnieniem, ale oto jest - relacja z Festiwalu Fantastyki "Portal Północny Wschód".
Nigdy nie brałam udziału w tym wydarzeniu, bo fantastyką się nie interesuję, lecz w tym roku pomagałam w przygotowaniu gry miejskiej "Po wybuchu" oraz czytałam fragment książki Sapkowskiego uczestnikom tej oto gry. Chcąc więc czy nie chcąc, byłam częścią tego wspaniałego jak się okazało wydarzenia. A ponieważ przygotowania i wszelkie sprawy techniczne zajęły mi bardzo wiele czasu, nie mogłam uczestniczyć we wszystkich jego punktach. Nie mniej jednak podzielę się z wami moimi zdjęciami oraz krótkim ich opisem.









 Pierwszym punktem mojego uczestnictwa było przygotowanie jednego z punktów gry miejskiej.  Polegał on na wyszukaniu guzików od mundurów z czasów Polskiej Republiki
Ludowej za pomocą wykrywacza
metalu. Instruktaż prowadzony był przez niesamowicie miłego pana, który i mnie pokazał, jak to urządzenie obsługiwać. I wcale nie jest to takie proste! Ja - postać rodem z postapokaliptycznych opowiastek wraz z fantastycznym detektywem i przemiłą harcerką chowałyśmy te cudne guziki w piasku i przyznawałyśmy punkty -
po jednym za każdy znaleziony guzik.











Chwilę później musiałam biec do Suwalskiego Ośrodka kultury, gdyż tam czekało na mnie wyczytanie pożegnalnego fragmentu książki "W leju po bombie". Jej akcja toczyła się w Suwałkach, gdzie, jak twierdzą źródła, Andrzej Sapkowski nigdy nie był!





















 Kwestią czasu było jednak  spotkanie się z moimi teatralnymi znajomymi, którzy w przepięknych strojach barokowych przemierzali nasze miasto i robili furorę na "Obłędnej herbatce u kapelusznika"
























 Ostatnim punktem był wspaniały koncert "Muzyki Sfer". Gongi, gitara, fortepian - coś wspaniałego. Muzyka orientu, medytacyjna. Przemiły wykonawca, zabawny, z cudownym, hipnotyzującym głosem. Odzywał się co prawda tylko między kolejnymi utworami, przedstawiając je, ale słychać było, że utożsamia się z muzyką, którą nie tylko wykonuje, ale i tworzy. Zachęcam was także do posłuchania niektórych utworów "Muzyki sfer", bo naprawdę warto.
















czwartek, 24 września 2015

Polacy... Gęsi?!

   Mój blog nie jest zupełnie o tej tematyce, ale skoro śmiem się nazywać purystką, nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie poruszyła jednej ważnej kwestii. Jest ona związana z cytatem, czasem mylonym z przysłowiem.
Któż nie słyszał o Mikołaju Reju? Żył on w czasach renesansu, kiedy niezwykle modne było posługiwanie się obcymi językami. Jako pierwszy chciał pokazać odrębność naszego języka, więc stwierdził:

"A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają."
Zapewne wszyscy z was słyszeli już te słowa. Lecz czy na pewno jesteście świadomi tego, w jakim przypadku zostały one użyte?
  
  Mikołaj Rej nigdy nie twierdził, ze Polacy są... gęsiami. Wręcz przeciwnie. Kochał nasz język i na pewno nie chciał rodaków obrażać.
Chodzi o to, że często "gęsi" traktujemy jako rzeczownik, podczas gdy wcale nim nie jest. 
"Gęsi" to przymiotnik. Polacy twierdzili, iż łacina brzmi jak gęganie właśnie, dlatego język jest (jaki?) gęsi. 

Tłumacząc słowa Reja na bardziej współczesną polszczyznę:

Polacy nie łaciński, lecz swój własny, ojczysty język mają. 
Wywód mój wziął się z "podglądania" niektórych blogów. Nie chciałam podawać nazw, lecz myślę, że posłużą one jako przykład. 

"...iż medycy nie gęsi, też książki czytają." - ewidentne nawiązanie do słów Mikołaja Reja. Cóż. Nikt nie twierdzi, że medycy to gęsi, ale... Polacy także nie, prawda?

Drugi przykład nie jest do końca jasny, bo nie wiem wprawdzie w jakim kontekście był użyty, ale rzucił mi się w oczy już za pierwszym razem.

"Polacy nie gęsi" - to nazwa jednego z blogowych wyzwań, w których biorę udział. Jednak cytat został tak okrojony, że pozbawiony pierwotnego znaczenia. 

Przekształcanie cytatów, w szczególności tak znanych, wzbudza u niektórych realny niesmak. Nie sądzę, że przesadzam, bo to poniekąd profanacja ważnych dla polskiej literatury słów. 


środa, 23 września 2015

KultuSarny TAG jesienny

  Pierwszy dzień jesieni! Niesamowicie się cieszę, bo jesień to chyba moja ulubiona pora roku. By podzielić się z wami moją radością prezentuję...


  Mam nadzieję, że podoba wam się baner!
  Ja, jako kreator krótkich i odprężających tagów, wracam z motywem jesieni. Zasady są niesamowicie proste, bo wystarczy... odpowiadać na pytania i nominować co najmniej trzy osoby :)
Zapraszam teraz na moje rozwiązanie tagu i pierwszych nominowanych!

Jaka książka wydaje ci się być idealna do czytania jesiennymi wieczorami?
 Z jakiegoś powodu jest to "Ania z Zielonego Wzgórza" oraz inne z tej serii. Ta książka jak żadna inna kojarzy mi się z jesienią.

Oglądałaś/eś kiedyś film z motywem Halloween? 
  Tak! Był to jeden z moich ulubionych filmów animowanych! "Wiedźma chrzestna. Zemsta Jimmiego". Ma taki cudowny, halloweenowy klimat, jest bardzo zabawna i urocza.

Suszyłaś/eś kiedyś liście? Jaka książka padała ich ofiarą?
  U mnie z jakiegoś dziwnego powodu była to książka "W pustyni i w puszczy". Wkładałam tam jesienne liście, po czym chowałam pod stos innych grubych książek.

Czy w którejś książce/którymś filmie znalazłeś/aś motywy świąt/obrzędów jesiennych?
  Nic szczególnego, ale były to "Dziady", nasze dawne (jestem z okolic Podlasia, u nas ten zwyczaj był bardzo znany) Zaduszki.

Ostatnie pytanie! Lubisz jesień? Jeśli tak, za co?
  Jesień kocham! Uwielbiam leżeć pod kocykiem z kubkiem kakao przy dobrym filmie. Kocham spacery, suszenie liści, dużo zapalonych świeczek i pyszną szarlotkę! 


~*~
Moje nominacje:

Subiektywnie o książkach


Powodzenia!  

sobota, 19 września 2015

Liebster Blog Award

    Jej! Dostałam nominację do LBA! Zawdzięczam to Kuinawi (klik). Reguły są - jak sądzę - znane, także zapraszam na moje wykonanie zadań Kuinawi.


1. Na początek napisz, co sądzisz o moim blogu, jestem ciekawska :)
  Powiem ci zupełnie szczerze, że do tej pory nie byłam twoją czytelniczką. Ale to tylko dowód na to, że LBA pozwala nam poznawać nowych bloggerów. Oczywiście w wolnym czasie go przejrzę :)


2. Na co przeznaczasz dziennie najwięcej czasu?
  Od poniedziałku do piątku jest to oczywiście szkoła. Choć biorąc pod uwagę, ze i w autobusie, i  w domu, i w szkole czytam książki, to czytanie właśnie zajmuje mi tego czasu najwięcej. 

3. Zmieniłaś coś ostatnio w swoim wyglądzie?
 Dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego ścięłam włosy, trochę więcej, niż planowałam. W krótszych jest mi wygodniej. 

4. Opowiedz, jak wygląda Twój przeciętny dzień.
 Hm, moje życie składa się z czterech głównych czynności: czytanie, szkoła, zajęcia teatralne i spotkania z tajemną Asią :)

5. Masz oddaną przyjaciółkę? Jak się poznałyście? 
 Nie lubię tematu przyjaźni, sporna wewnętrznie kwestia. Pozwól więc, że się w niej nie wypowiem. 

6. Jak znosisz krytykę?
 To zależy. Konstruktywną krytykę przyjmuję dobrze, wręcz jest u mnie pożądana. Krytyka nieuzasadniona nie powinna docierać do mnie w ogóle, ale niestety biorę to do siebie i jest mi z tego powodu przykro.

7. Wypisz tu kilka swoich ulubionych cytatów.
  "Cześć starym księgom, najmniejszy ich szczątek wart miejsca w świętej skarbnicy pamiątek"
  "
Fall seven times and stand up eight"
   "Albo dzieci, albo książki"

8. Czy jest jakiś film, który jest uznawany za klasykę, a Ty mimo tego go nie oglądałaś?
  Sporo jest takich filmów. Głównie to: "Ojciec chrzestny", "Skazani na Shawshank", "Matrix" i wiele, wiele innych.  

9. Co Cię brzydzi? Interpretacja dowolna.
  Biedronki, niesmaczny humor, homosie, ogromna niezdarność.

10. Masz jakiś nawyk, którego chciałabyś się wyzbyć?
  Tak. Gdy się z kimś witam, mimowolnie unoszę dłoń. Muszę to opanowywać przy osobach typu nauczycieli. 

11. Jak się dziś czujesz? 
   Bardzo dobrze, dziś był naprawdę miły dzień, a to za sprawą suwalskiego "Festiwalu fantastyki", z którego relację zdam oczywiście na blogu, teraz pozwolę sobie wstawić "zaproszeniowe" zdjęcie.

Niestety brak mi w tej chwili pomysłów na pytania ora na to, kogo mogłabym nominować, więc po prostu zachęcam do LBA zainteresowanych, którzy mogą odpowiedzieć na pytania, które dostałam ja.
 

piątek, 18 września 2015

Ewa Barańska i "Pierwiastek zero" - nauka w książce... młodzieżowej?

Już wkrótce..    "W Tablicy Mendelejewa brakuje pierwiastka, który pozwala odpowiedzieć na nurtujące uczonych całego świata pytanie jak stworzyć materię ożywioną." - taki opis wita wszystkich ciekawskich zaglądających na tylne okładki książek. W tym oczywiście mnie. Dalej czytamy: "Wraz z postępem pracy naukowej okazuje się, że na udowodnieniu hipotezy najbardziej zależy pewnej organizacji" - o, robi się coraz ciekawiej, chyba szykuje się pierwszy w moim życiu kryminał! Zaczynam czytać książkę i... Naszą tajną organizacją okazuje się być... Watykan, który (uwaga!) poprzez naukę chce zachęcić ludzi do wiary.
 
    Opisem książki zajmować się nie będę, bo dostępny jest chociażby na portalu lubimyczytać.pl.  W skrócie jednak napiszę, iż rzecz opiera się na niczym innym, jak dążeniach ambitnego, młodego naukowca - Alfreda Mortusa, do odkrycia czegoś, co świat nauki i całe rozumienie życia wywróci o sto osiemdziesiąt stopni.Twierdził, że Mendelejew w swojej tablicy zapomniał o czymś tak oczywistym jak zero. O ile nasz bohater nie jest zbyt doceniany, to jego profesor nadzwyczaj  interesuje się jego projektem. Postanawia oddać go w ręce tajemniczej firmy farmaceutycznej, która z kolei wysyła go w zakazane tereny Bieszczad, gdzie ma wręcz nieograniczone zarówno budżet jak i możliwości. Podejrzane? Jak najbardziej. I w dodatku słusznie.

    Ocenienie tej książki jest naprawdę trudne. Nie wiem, z jakiej perspektywy powinnam na nią patrzeć. Czy traktować ją ulgowo, bo to przecież książka młodzieżowa, czy jako znawca wielu naukowych aspektów zawartych w książce zganić autorkę za wypisywanie bzdur. Gdybym pochwaliła tę książkę mimo mojego załamania zawartymi "faktami naukowymi", chyba bym sobie tego nie wybaczyła. Postanowiłam być więc bezwzględną i wredną czytelniczką.

 Nigdy bym nie pomyślała, że ktoś o zdrowych zmysłach weźmie się za pisanie książki naukowej nie znając podstawowych informacji. Oczywiście występowały wyjaśnienia niektórych zwrotów, lecz nie o to tu chodzi. Pani Barańska opierała się najwidoczniej na osiągnięciach nauki pierwszej połowy XX wieku, a od tego czasu tak wiele się przecież zmieniło! Gdyby ktoś zacytował "naukowe" dowody księdza Potępskiego, oczytany naukowo rozmówca po prostu by go wyśmiał.

    Naturalnie rozumiem, że nie każdy zwraca na takie rzeczy uwagę, bo, nie oszukujmy się, mało czytelników znało choć połowę pojęć i problemów poruszanych w "Pierwiastku zero". Ta część mojej recenzji skupiać się będzie więc na recenzji z perspektywy zwykłego czytelnika.

   Braku pomysłu Barańskiej zarzucić nie można. Koncepcja - jak najbardziej udana. Z początku i wykonanie było nienaganne, póki nie pojawiła się... kobieta. I nagle dziwnym trafem wszystko zaczęło się walić. Nie tylko w życiu bohatera, bo akcja, która wcześniej była dobrze prowadzona i dawkowana, nagle przyspieszyła do nienaturalnie zwrotnego tempa. Wszystko pisane było "ot tak" - nie zgłębialiśmy już przeżyć wewnętrznych bohatera, nie było na to czasu. Paradoksalnie, miałam wrażenie, że gdybym pominęła kilka stron, niczego bym nie straciła. Zrobiłam tak dwa razy. I było, jak się spodziewałam. Postacie - nudne. Naukowcy przeczący samym sobie (Alfred szukający pierwiastka o masie równej zeru i twierdzący jednocześnie, że coś takiego jak zero wcale nie istnieje), dziwne "zbiegi okoliczności", wywołujące wręcz śmiech, nienaturalne rozterki bohaterów, nie mające żadnego uzasadnienia i sensu. Innymi słowy - gorzej niż się spodziewałam.

Plusy:
+ naprawdę ciekawy pomysł na fabułę
+ początkowo ciekawie dobrane tempo akcji

Minusy: 
- przestarzała, wprowadzająca w błąd koncepcja naukowa
- niewyraźni, czasem wręcz drażniący bohaterowie
- ciągnąca się fabuła rzadko skupiająca się na głównych wątkach
- brak logiki w tworzeniu splotów akcji, uczuć i rozumowania samych bohaterów
- stereotypowe podejście (ksiądz na siłę udowadniający istnienie Boga, głupia i manipulatorska kobieta)
- może czepialstwo, ale okładka zupełnie nie oddająca fabuły książki

Dodatkowe uwagi:
- szczególnie nie polecam ludziom znającym się na nauce

Moja ocena:
3/10 [Dałabym dwa, ale tę - w porównaniu do "Bezdomnej" - dało się czytać]

Książka bierze udział w akcjach: "Polacy nie gęsi" oraz "Czytam nie tylko Amerykanów"

poniedziałek, 7 września 2015

Top 5 miast w Anglii

    Moja długa, wakacyjna nieobecność na blogu spowodowana była wyjazdem do Anglii, gdzie odwiedzałam moją siostrę. Blog mój jest recenzenckim, lecz myślę, że poza filmami i książkami znajdzie się miejsce na parę zdjęć z miejsc naprawdę cudownych. Nie będę się rozpisywać - zachęcam do oglądania :)

Halifax - miejsce, które naprawdę mi się spodobało, a dodatkowo w tym mieście właśnie mieszkałam. Otoczone jest naprawdę wieloma pagórkami, co daje złudzenie mieszkania w środku wypełnionego zielenią krateru! 





Leeds - w tym dużym (wielkości mniej więcej naszej Warszawy, ludzi tam jednak znacznie więcej) mieście byliśmy tylko chwilę, przyjechaliśmy bowiem do restauracji, gdzie znajdowały się potrawy z całego świata. 

 Manchester - o tym mieście słyszał zapewne każdy. Nie bez powodu. Jest naprawdę duże i przede wszystkim piękne. Połączone tam style starego miasta i ruin z nowoczesnymi budynkami i wieżowcami było naprawdę niesamowite. Połączenie to będzie widoczne także w innych miejscach. 

 O, co do tego zdjęcia wyżej chciałam tyko podzielić się moją refleksję. Miejsce to bowiem bardzo skojarzyło mi się z niemieckim Frankfurtem nad Menem.







Scarborough - Taki Gdańsk po angielsku. Miasto portowe, przy morzu. Widoki są naprawdę niesamowite, a samo miasto dobrze wie, co zrobić, by przyciągnąć turystów.



 (te domki są mieszkalne; można wykupić sobie na dzień lub trochę więcej; tuż naprzeciwko znajduje się morze)





York - Och, w tym miejscu się naprawdę zakochałam. Trudno mi powiedzieć, jak bardzo się nim zachwyciłam! Tu, podobnie jak w Manchesterze czy innych miastach, dobrze widać to architektoniczne połączenie starego z nowym, co tworzy niesamowity efekt. 







Mam nadzieję, że podobają ci się te miejsca i że może zamiast ciągle zachwycać się Londynem, znajdziesz inne, równie piękne (a może piękniejsze!) miejsca.

piątek, 4 września 2015

Top 5 filmów

   Już jestem w domu, w moich ukochanych Suwałkach! Naprawdę długo nie pisałam niczego szczególnego, ale to dlatego, że szkoła wróciła, a wraz z nią obowiązki i teatr. Teraz mam obok siebie półkę pełną nieprzeczytanych książek, więc naprawię to, co zaniedbałam wracając książkowo z "Pierwiastkiem zero". Lecz zanim ją przeczytam , przedstawiam kolejne "Top 5". Poza tym, chyba stworzę z tego serię, bo jest tyle rzeczy, które można układać we własnej kolejności...
    Tym razem filmy. To będzie o wiele trudniejsze niż książki, bo mam takie szczęście, że trafiam głównie na filmy, które bardzo mi się podobają. W serwisie FILMWEB, na moim profilu (klik) znajduje się aż pięć filmów z maksymalną ilością gwiazdek, a wybrać te najlepsze będzie ogromnie trudno. Och, i oczywiście tytuły filmów posiadają załączniki przekierowujące do ich miejsca w powyższym serwisie.


    Każdy, kto w jakimś stopniu interesuje się astronomią czy kosmologią, wie doskonale, kim jest Stephen Hawking. Człowiek naprawdę genialny, pełen pomysłów, mądry i... Chory na stwardnienie zanikowe boczne. Możliwe, że nazwa ta rzuciła ci się kiedyś w oczy, bo przecież tak popularny niedawno "Ice bucket challenge" do tej właśnie choroby nawiązywał. Wracając do filmu - "Teoria wszystkiego" to film biograficzny ukazujący życie Stephena Hawkinga. Nie jest to gwiazda pop, nie znany aktor, a naukowiec. To może być jeden z "ważnych" powodów dla kogoś, kto tym filmem się nie zainteresował. Ja czekałam na ten film odkąd tylko dowiedziałam się, że ma powstać i ukazać się w kinach. Rozczarowałam się lekko, że film ten nie skupiał się na życiu naukowym Hawkinga, a ja jego miłości do Jane. Westchnęłam, lecz gdy zobaczyłam pierwsze zapowiedzi kinowe, wiedziałam, że muszę ten film obejrzeć mimo wszystko. Tak się stało i nie żałowałam, że poszłam do kina. Gra aktorów była przecudowna, pod koniec płakałam jak bóbr. O ile w moim sercu pozostawała nutka żalu, film naprawdę mi się spodobał i uważam, że piąte miejsce dla niego to krzywda.


    "Hobbit". Dlaczego nie "Władca Pierścieni"? Dlaczego ostatnia część? Otóż nie jestem fanką fantastyki. Ba, ja nie lubię fantastyki. Gdy mój trener dowiedział się, że nie oglądałam nigdy ekranizacji powieści Tolkiena, myślałam, że jego wzrok mnie zabije. Pod tym niewymówionym naciskiem postanowiłam trylogię obejrzeć. Najpierw jedną, potem następną.  O ile każda część i "Władcy Pierścieni", i "Hobbita" były naprawdę niesamowite, ta jedna porwała moje serce. Wspomniałam już, że fanką fantastyki nie jestem. A ta opowieść o miłości, przyjaźni i ich przewagą nad bogactwami ma w sobie coś, co mnie do siebie przyciągnęło.

III Amadeusz 10/10

Ten film, jego jakość i inne kryteria oceny są kwestią bardzo sporną. Inni będą go oceniać właśnie według nich, ale dla mnie to nie jest najważniejsze w filmach. Ten jest na to dowodem. Oczywiście jak na rok wykonania (1984) zarówno obraz jak i aktorzy byli na najwyższym poziomie. A film, o którym teraz piszę to "Amadeusz" opowiadający o nikim innym jak... Amadeuszu. Mozarcie, oczywiście. Nie powiedziałabym, że to film biograficzny, bowiem biografia Mozarta nie jest do końca znana. A rzecz opiera się na zeznaniach mężczyzny, który twierdzi, iż zabił Mozarta. Reżyser pokazuje w ten sposób niejako własną wersję tego, co się stało. Wersję smutną, naprawdę, ale jakże... prawdziwą. Może niekoniecznie w wersji historycznej, ale takiej zwyczajnej, ludzkiej. Człowiek, który żył jako wielki, umiera jako zwykły. Może nawet mniej niż zwykły. Film cudowny nie tylko dla ogromnych miłośników muzyki Mozarta. Mądry, mówiący nam , że kimkolwiek nie jesteśmy, warto zawsze być sobą. 

II Mulan 10/10

Jestem ogromną fanką Disneya, szczególnie filmów z wieku dwudziestego. Mulan to moja ukochana ze wszystkich bajek, a poza tym, film jest z roku mojego urodzenia a jest to rok 1998. Zawsze uwielbiałam ten humor połączony z tak ważnymi i życiowymi kwestiami, które zauważam za każdym razem, gdy bajkę tę oglądam. Piękne piosenki, cudownie skonstruowani bohaterowie, a w dodatku to film animowany!

Zauważyłam, że mój gust lubi spierać się z ocenami na Filmweb i recenzjami czy upodobaniami innych ludzi. Tak jest też w przypadku filmu, który musiałam postawić na miejscu pierwszym, bo na to właśnie zasługuje. Moje serce się tego wręcz domaga, a rozum skanduje. Film opowiada o angielskiej guwernantce, która przyjechała do Syjamu, na dwór jego króla - Mongkuta (fascynującego przy okazji). Tam ma zająć się nauką jego dzieci. Niespodziewanie rodzi się uczucie, które nie ma prawa bytu. Yun-Fat Chow, odtwórca roli króla, wykonał niesamowitą robotę, zakochałam się w jego grze aktorskiej i gracji, jaką niewątpliwie pokazał. Pokochałam także sam film, na który trafiłam całkiem przypadkowo parę lat temu, a wracam do niego do dziś. Nie potrafię nawet przekazach moich odczuć do całej akcji, aranżacji, pięknego przedstawienia jakże cudownej historii.