czwartek, 10 grudnia 2015

Lato się skończyło, ta książka na szczęście też.


    Jak tak dobra okładka może kryć... chłam? Zła książka to za mało powiedziane. "Lato miłości" to chyba najgorsza, jaką w życiu przeczytałam i piszę to całkiem na poważnie.

Już po pięćdziesięciu stronach chciałam skończyć, ale wiem z doświadczenia, że książki czasem zaczynają się rozkręcać po nawet stu. Dlatego wytrwałam. No, nie do końca. Przeczytałam 180 z 240 stron. Na tyle byłam w stanie. Czytanie dłużyło mi się niemiłosiernie, a z każdą stroną było coraz gorzej.



O czym jest książka?
Przeanalizujmy opis z okładki.

"Ellie zostaje żoną owdowiałego farmera Dillahana. Oboje darzą się szacunkiem i sympatią."
Świetnie. Nie czytuję romansów, ale mogę się założyć, że tak właśnie zaczyna się 70% z nich.

"Przypadkowe spotkanie z Florianem, fotografem, zmienia jej życie wbrew woli."
 No i pora na Floriana. Postaci ponad miarę nudnej. Ma problemy finansowe, nie ma za to ani żadnego talentu (nad czym ogromnie ubolewa) ani szczególnego planu co do swego życia. No, może poza tym związanym z emigracją.

"Zakochana Ellie nie chce oszukiwać męża i nie wie, że Florian zamierza emigrować." 
Tak oto nasza bohaterka się zakochuje. Po raz pierwszy w swym życiu. Warto bowiem zaznaczyć, że swego męża wcale nie kocha. Było to - powiedzmy - małżeństwo z rozsądku. 


Nie mam pojęcia, jaki był finał tej historii i wcale mnie to nie interesuje. Jeszcze kilka stron, a załamałabym się kompletnie. Czytałam różne opinie, nawet pozytywne. Ale ja plusów nie dostrzegam żadnych. No, może poza pięknym irlandzkim, miasteczkowym otoczeniem. 
 Nie polecam jej w ogóle. Chyba że na ziemi zabraknie książek. To coś czytać trzeba. W innym wypadku - nie bierzcie jej w dłonie. 

Moja ocena: 1/10 (bo jak znajdę jakąś gorszą, zero się zawsze przyda)