poniedziałek, 2 maja 2016

Interpretacyjnie #2: "Coda" - Alan Holly

   
 Pierwsza część Interpretacyjnie [link] pojawiła się ostatniego dnia sierpnia, więc trochę czasu minęło. Zapraszam na część drugą, a w niej piękna Coda.


  Już na pierwszy rzut oka widzimy ogromną różnicę między filmem tym, a krótkometrażówkami Bagińskiego. Nieszczegółowa kreska z nieszczegółowym otoczeniem, gra światłocienia i te piękne kontrasty.

Poznajemy więc pijanego i zataczającego się mężczyznę. Podczas liczenia pieniędzy, wychodzi na ulicę i zostaje potrącony przez samochód.

  
Gdy wokół zbiera się tłum gapiów, dusza mężczyzny opuszcza ciało i wybiera się w podróż po mieście. Gdy do miejsca tragedii dociera Śmierć, zaczyna podążać za zbłąkaną duszą.

 
Nieustępliwa czarna postać w kapturze odnajduje wreszcie siedzącego na ławce w parku ducha. Przysiada się, gdy ten zaczyna proponować Śmierci ugodę.

 
Ona jednak zgadza się jedynie na zabranie duszy w podróż. Podróż po przeszłości i wizjach. Tak oto dusza staje się niewinnym niemowlęciem, któremu Śmierć przebrana za matkę obiecuje bezpieczeństwo i bierze go w ramiona.

  

Gdy dziecko wciąż prosi o więcej wizji, więcej obrazów, które chce zapamiętać, domyślać się możemy, że próbuje jedynie oszukać lub opóźnić to, co nieuchronne.

  
Zmęczone więc niemowlę usypia w ramionach Śmierci i wraz z nią znika za czarną szatą.

Historię możemy - jak to bywa w filmach krótkometrażowych - traktować i interpretować na wiele sposobów. Od tego najprostszego - ostrzeżenia przed alkoholem, do tych bardziej szczegółowych. Na tych drugich się skupię.

Zauważmy, że postacie, które dostrzec możemy w scenie śmierci bohatera, te zbierające się przy jego ciele, są jakby anonimowe. Twarz bez szczegółów, podobnież otoczenie, do którego autor nie przykłada większej wagi.

 
Nie jest to oczywiście bez znaczenia. Pokazuje nam uniwersalizm historii. Żadnych miejsc, żadnych imion, żadnych twarzy. To może być każdy. To może stać się wszędzie. Widzimy też reakcje tłumu. Jedną małą scenę będącą satyrą czy też po prostu krytyką współczesnego społeczeństwa. Jedni rozpaczają, chowają twarz w dłoniach, inni stoją niewzruszeni, jedynie zaciekawieni, a jest i ktoś, kto wypadek uznaje za świetną sensację i nagrywa całe zdarzenie smartfonem.

  
Nasz główny bohater reprezentuję postawę naszych czasów. Postawę ludzi śmierci się już nie bojących. Starających się ją jedynie odwlec, opóźnić. Ludzi zachłannych, gotowych negocjować nawet z samą Śmiercią. Czy jest to odwołanie do upartości ludzi, czy ciągłej walce nauki i techniki ze śmiercią, tego nie wiemy na sto procent.

   

Nadchodzi jednak moment, gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że nie mamy już żadnych szans. Karmimy się tylko złudną nadzieją błogości i szczęścia, czego symbolem jest matka. Śmierć pod jej postacią obiecuje nam schronienie i szczęście. Zapewnia, że się nami zajmie. Czyż nie jest to prawda?

   

Mamy też starca. Dziecko mówi, że jest to jego dziadek. I to jest sprawa trudna do interpretacji. Wychodzi ona spod płaszcza śmierci, jest więc kolejną ułudą bycia w okolicy kogoś bliskiego. Dziecko pyta dziadka, czemu nigdy nie rozmawiali, ten jednak nie zna na to pytanie odpowiedzi. Samo pytanie pokazywać może pewien żal i poczucie winy, bo po śmierci mężczyzna nie ma już szans naprawić tych relacji.

  
W końcu na ekranie pojawia się para. Domyślać się można, że to rodzice bohatera. Kobieta czegoś się boi, zapewne tego, że jest w ciąży. Jeśli tak, możemy przypuszczać, że dziecko było niechciane.

     

Śmierć mówi wreszcie, że już czas. Gdy niemowlę prosi o pokazanie rzeczy, które mógłby zapamiętać spotyka się z wizjami wszelakich przedmiotów, roślin i zwierząt. Szybko zdajemy sobie sprawę, że są to rzeczy bez żadnej wartości. Rzeczy, które po śmierci nam się nei przydają. I tu wchodzimy w motyw vanitas, czyli motyw marności. To, co bohater zapamiętuje, nie niesie ze sobą nic. Sterta niepotrzebnych i bezwartościowych szpargałów. Kolejny obraz nas - ludzi ceniących materialność poza wszystko inne.

   
Ale ten moment musiał w końcu nadejść. Pora na śmierć ostateczną i samotną, jeśli nie liczyć postaci Śmierci, która spełnia obietnicę i nie opuszcza dziecka. Zabiera je ze sobą. Już na zawsze.

  



Zachęcam do zapoznania się z filmem. Trwa 9 minut, a warto ten czas poświęcić, by nauczyć się żyć inaczej. Może zamiast zabrać nam czas, stanie się coś odwrotnego. Może ten czas właśnie zyskamy.