wtorek, 17 maja 2016

RECENZJA "Metra 2033", czyli chyba mieszkamy pod ziemią

  No tak. Bo Glukhovsky przeniósł nasz świat i pod przykrywką wyolbrzymionych zachowań każe nam czytać o nas samych. W gruncie rzeczy bowiem, to nie jest płytka historyjka o mutantach, podziemnych nacjach i potworach. To opowieść o współczesnym świecie, w którym sami nie możemy być już pewni, czy nasze czasy są w końcu spokojne.

 
Są książki, które przeczytać trzeba. Ja miałam tak z tą właśnie książką i to z kilku powodów. Po pierwsze, kazał mi trener. A z trenerem sztuk walki się nie dyskutuje. Po drugie, hasło 'metro' jest  ściśle powiązane ze słowem 'fantastyka'. Tak więc oto jestem i piszę tę recenzję.
Zacznę może od tego, jaka jestem głupia. Kupiłam wydanie, w którym trzeciej części trylogii już nie znajdę. Muszę więc kupić tę samą książkę raz jeszcze (mimo że jest lepsza niż te nowe, trudno).

Przechodząc już do właściwej części recenzji, jestem trochę zmieszana. Książkę skończyłam dwa czy trzy dni temu, a emocje dalej kryją się gdzieś po kątach mojej świadomości, może nawet mojego serca. Rzecz w tym, że nie umiem tej książki ocenić. Genialny pomysł na samą fabułę, świetnie skonstruowani główni bohaterowie no i to, co lubię najbardziej, czyli morał. Morał, a właściwie nauka. Bo po całej już lekturze człowiek leży i nie wie, co ma począć. Po skończeniu Futu.re wiedziałam już, że i Metro będzie miało podobną formę. Czyli początek ciekawy, ze środkiem różnie bywa, a końcówka robi dżem z mózgu.
Największym problemem w tej książce jest ten środeczek właśnie. Bo dzieje się tam wiele, bardzo wiele, ale, kurczę, jakoś nierówno. Były momenty, gdy dosłownie przysypiałam, ale i takie, który trzymały w napięciu przez długi czas. Cała książka jest takim fazowym uwalnianiem emocji, ale jednak niektóre momenty mnie pokonały i czytałam je nie z takim zainteresowaniem, jak resztę.
Nie wiadomo, który z nich dwóch miał rację, ale uwierzyć, że każde pytanie może mieć jedną, jedynie prawdziwą odpowiedź, Artem już nie potrafił.
Podobał mi się język, bo Glukhovsky świetnie sobie poradził z różnymi nacjami, warstwami społecznymi czy po prostu poszczególnymi jednostkami. Każdy ma bowiem swój własny, charakterystyczny sposób mówienia i prowadzenia dialogów, co jest przecież częścią jego postaci. Co więc mi się nie podobało? Długaśnie psychologiczne opisy, przy których oczy się zamykają, no ale do końca się nie zamkną, bo zaraz wracamy do fazy "lepszej". O ile książka mówi o rzeczach ważnych i prawdziwych, to nie zawsze w adekwatny sposób.
- Ale przecież jeśli mają latarkę, to znaczy, że to ludzie, a nie jakieś potwory z powierzchni - zaoponował Artem.
- Nie wiadomo, co gorsze
Odbywamy więc wraz z Artemem podróż przed będące odbiciem naszego świata metro. Wydarzenia pod ziemią subtelnie przemycają polityczną sytuację w czasie, w którym żyjemy. Ciągłe wojny, taktyczne sojusze, przekrój wielu światopoglądów, wiar, religii. To my, niewdzięczni mieszkańcy dzisiejszej Ziemi. Tylko przeniesieni do ciemnych, moskiewskich stacji metra. 
Pełny sejf dolarów i rubli i nie ma co z nimi zrobić. Dziwne. Okazuje się, ze to po prostu papierki.
Moja ocena: 8/10, ale czuję, że jest to książka, do której wrócę.